Udało się zgrać z terminem i ponownie wybraliśmy się na Dni Kultury Łowieckiej w Międzyrzeczu. Pamiętam pierwszą edycją, którą odwiedziliśmy trzy lata temu. Pozostawiła po sobie bardzo pozytywnie wspomnienia.
Żeby ludzie nam wszystkie nie wyjedli to decydujemy się na najprostszą wersję dotarcia do Międzyrzecza. Przez Skwierzynę, Głębokie do miasta. Nastawienie duże, bo wtedy cały plac przed muzeum obstawiony był stoiskami i można było się najeść do syta, zwłaszcza że za obsługę odpowiadały Gospodynie Wiejskie.
Od Głębokiego droga rowerowa już dawno woła o remont, a na drodze znak zakazu dla rowerów. Wiele osób to ignoruje, ale gdy mamy rower dla którego postrachem nie są szutry to można pojechać nieco bokiem i w zasadzie na samej końcówce wrócić na zniszczoną przez upływ czasu drogę da rowerów. Po drodze jest przejazd przez tunel, a tam rysunku różnej treści.
Jedziemy dalej, bo trochę nas te wszystkie malowidła zatrzymały. Przy okazji Gosia mogła się dowiedzieć, jak to Kapitan Bomba odpowiada za spokój w galaktyce, itp.
Meldujemy się w Międzyrzeczu i od razu w kierunku zamku, muzeum. Od razu rozczarowanie, bo nie ma wielkiego bazaru, ale raptem parę namiotów. Można je policzyć na palcach jednej ręki. Gdzieś tam WOT się rozstawił ze sprzętem, gdzieś tam nadleśnictwa, które standardowo głównie nastawione są na dzieci, jakieś firmy ze sprzętem dla leśników i z boku gar, gdzie gotuje się coś a’la gulasz. Trochę się zdziwiłem, że tak skromnie. Słychać jednak gdzieś trębaczy, tak jakby za budynkiem muzeum.
Dobrze, że tam poszliśmy, bo okazało się, że mamy więcej stoisk. Tutaj „wywalono” gastronomię, ale także odbywał się przegląd zespołów trębaczy myśliwskich. Ja się jednak na tym znam tyle, co na Eurowizji.
Trochę posłuchaliśmy grania, popatrzeliśmy na „wczutę” jury, wypiliśmy imbirowe piwo i odkryliśmy trunek, który pozostanie z nami chyba na długi, długi czas. Odwiedziliśmy stoisko z zakwasem. Pan od razu przeszedł do degustacji i tak nam to zasmakowało, że już w głowie miałem jak te wszystkie szklane butelki wcisnę do sakwy. Na szczęście okazało się, że można zakwas zakupić od pośredników w Gorzowie, a od Pana na targach w Kłodawie, które już kolejnego dnia. Jakby ktoś był zainteresowany to zostawiam link do profilu na Facebooku: Radimar Radosław Nikodem.
Wróciliśmy na polanę przed zamkiem akurat na degustację gulaszu z dziczyzny. Szybko zajmujemy miejsce w kolejce i potem na ławeczce.
Zamek miałem okazję odwiedzić już kiedyś, ale ciągle nie mogę zrozumieć czemu ani te trzy lata temu, ani teraz nie weszliśmy do budynku muzeum, gdzie wstęp także był darmowy. Trzeba będzie to nadrobić kolejnym razem.
Na dziedzińcu odbywał się pokaz sokolnictwa. My akurat przyszliśmy, kiedy było po ptakach, ale już na nie jednej takiej prezentacji byliśmy. Wszystkie ptaki można było oglądać na stoisku i oczywiście całe show skradła sówka. Wystarczy na nią spojrzeć i nic poza nią się nie widzi.
Przyjeżdżając na imprezę zobaczyliśmy leśników na murach zamku, którzy mięli tam ostrą wyżerkę. Każdy chodził z talerzem i kubkiem, a my ciągle nie wiedzieliśmy skąd oni to mają. Odwiedzając (w zasadzie już pod koniec imprezy) zamek natrafiliśmy na to miejsce – catering ukryty a piętrze. Plus był taki, że w zasadzie wszystko było sprzątane, a to co zostało można było brać i brać i brać.
Gosia ciągle, że Czyste Lody w Międzyrzeczu, a ja zapychając swój brzuszek ogórami, kolejną pajdą ze smalcem, ciastkami, itp. coraz bardziej oddalałem się od tego pomysłu. Myślę sobie, że wypierdzę to wszystko podczas oglądania pokazów psów myśliwskich, bo ten akcent imprezy akurat przed nami. Zajmujemy miejsce VIP na murach zamku.
Psów w tym roku o wiele mniej niż podczas pierwszej edycji. Pani prowadząca ta sama i w swojej roli spisuje się świetnie. Interesująco odpowiada, nie przedłuża, aż chce się Jej słuchać. Ogląda się to z zaciekawieniem i można dużo się dowiedzieć o psach myśliwskich i ich specjalnościach.
Ja przejedzony, Gosia ciągle myślami przy lodziarni ruszamy do domu. Z racji tego, że mam słabe serce to zahaczamy o Skwierzynę i tamtejsze lody. W zasadzie to ta sama manufaktura, co w Międzyrzeczu. Trochę kilometrów już przejechane, więc i kalorii spalonych. Uradowani i najedzeni wracamy do Gorzowa.
Podsumowując IV Międzyrzeckie Dni Kultury Łowieckiej… hmmm… na pewno o wiele, wiele skromniej względem debiutu. Nie wiem, jak wyglądały dwa poprzednie lata. Największy minus to orientacja. Wszystko było porozrzucane dookoła muzeum i nie wiadomo było, co gdzie szukać. Gdyby np. nie słyszelibyśmy trębaczy to nigdy nie poszlibyśmy do parku, bo nic nie sugerowało, że coś tam może być. Wzorem innych imprez tego typu to warto pomyśleć o drogowskazach albo jakieś mapce.
