Jeżeli już zrodził się pomysł zdobycia Korony Gór Polski to czemu by nie połączyć tego z rowerem? No może dlatego, że nie wszędzie da się nim wjechać. Oczywiście można go tam wnosić, ale większego sensu w tym nie widzę. Na szczęście są szczyty na które prowadzą szlaki rowerowe. Jednym z nich jest Wielka Sowa w Górach Sowich, gdzie miałem już okazję być, ale pieszo i to w scenerii zimowej.

Lokujemy się w Jedlinie-Zdrój. Na szczyt nie jest blisko, ale też nie przesadnie daleko. Można zaplanować ciekawą trasę zważywszy, że tras rowerowych jest tutaj dość sporo (głównie wchodzą w skład Strefy MTB Sudety). Najważniejsze to wybrać odpowiednią drogę na naszą koronę. Są dwie opcje i obie problematyczne… o czym się przekonaliśmy. Jednak o tym nieco później.

Po drodze mijamy Pałac Jedlinka, gdzie największą uwagę przykuwa myśliwiec Czerwonego Barona zrobiony z drewna. Takie zbudził zainteresowanie, że pałacem żadne z nas się nie interesuje. Bardziej tym, że w pobliskim browarze można kupić regionalne piwo „Czerwony Baron”. W domu już na spokojnie doczytałem, że nieopodal pałacu znajduje się także replika wagonu specjalnego pociągu „Amerika” kanclerza III Rzeszy Adolfa Hitlera. Wszystko oczywiście biletowane.

MTB Sudety oferują przepiękne trasy rowerowy, a widoki są przecudne.
Nasz kierunek wyznacza wieża widokowa na Sowią Górę.

Pod drodze mijamy także budynki (a raczej ich pozostałości), które wchodzą w skład projektu „Riese”. Poniżej Kasyno, które prawdopodobnie miało służyć za pomieszczenia administracyjne, biurowe. Budynek nigdy nie został ukończony i po prostu taki kolos stoi sobie w środku lasu. Niedaleko znajduje się Podziemne Miasto Osówka i tam tego typu atrakcji jest bardzo dużo.

Wyjeżdżamy z lasu, aby za sobą pozostawić przepiękne szutrowe ścieżki i nieuchronnie zbliża się szczytowanie. Najpierw jednak w pobliskiej restauracji przerwa na dobicie kalorii (w postaci lodów rzecz jasna). Dowiadujemy się także, że dla rowerzystów jest wyzwanie – Książeczka Odkrywcy Punktów Certyfikowanych. Jest to nowość, która pojawiła się w tym miesiącu i dotyczy odwiedzania różnych punktów (w większości są to właśnie restauracje), gdzie zbieramy pieczątki. Nagrodą są przypinki różnych kolorów (zależnie od zdobytych ilości pieczątek), a główną – kask rowerowy. Inicjatywa ciekawa, ale głównie dla osób, które będą w Sudetach o wiele częściej niż my. Temat jednak do przemyślenia. Jakby ktoś jednak był tym wyzwaniem zainteresowany to pozostawiam link: Książeczka Odkrywcy Punktów Certyfikowanych.

Miejscowość Rzeczka to nasz start na Sową Górę/Wielką Sowę. Znajduje się na poziomie ok. 750 m n.p.m., a my musimy się wdrapać na 1015 m n.p.m. Oj będzie co jechać. Sam brukowany podjazd od Przełęczy Sokoła w kierunku Schroniska Górskiego Orzeł to nie lada wyzwanie. Nie tylko chodzi o nachylenie, a ilość ludzi i samochodów. Autem niestety można podjechać w okolice schroniska i robi się tam po prostu tłoczno.

Odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu.
Chwila relaksu i możemy ruszać dalej.

Z wjazdem na Wielką Sowę problem jest taki, że część szlaku rowerowego prowadzi wraz ze szlakami pieszymi. My trafiliśmy na idealną pogodę, więc ludzi wcale tam mało nie było. Jazda nie jest przyjemna, bo są to drogi dosyć kamieniste i trzeba zachować koncentrację. Oczywiście można odbić typowo na szlak rowerowy, ale wtedy robi się o wiele trudniej. Połączyliśmy te opcje i trochę musieliśmy powalczyć z ludźmi (od jednej z „Pani Turystek” nie dostałem kijem w głowę) i trochę z nachyleniami, kamieniami, korzeniami i oczywiście pozostałościami po wycince.

Oj płasko to nie jest.
Jako rowerzysta możesz być pewny kilku rzeczy: bruku, zgubienia trasy oraz oczywiście wycinki.

Pokombinowaliśmy i ostatecznie lądujemy na polanie. Jak już wspominałem wcześniej ludzi sporo i tworzą się kolejki… wszędzie. Udaje nam się dopchać do pieczątki i zrobić wymagane do zaliczenia zdjęcia przy znaku z wysokości równą 1015 m n.p.m. Swoją drogą jest to kolejny tysięcznik na który udało się wjechać rowerem 🙂

Sowia Góra zwana Wielką Sową zaliczona.

Chwila odpoczynku i zjeżdżamy z powrotem na szutrowe drogi, ale także i polany z przepięknymi widokami na góry i oczywiście wyłaniającą się wieżę widokową. Gosia będzie musiała znosić teraz, że tam byliśmy zamiast tam będziemy.

– Czy Ty do widzisz, Adrian?
-Tak Gosia, niedawno tam byliśmy.
(rozmowa prawdziwa, nie jest wymyślona przez autora).

Jedno co martwi to, że ciągle droga prowadzi w dół i to za bardzo w dół. Jeżeli będzie bardziej w dół to potem będzie bardziej to góry. Gdzieś te przewyższenia trzeba będzie przecież nadrobić.

Nie było zasłużonej przerwy na Wielkiej Sowie, to jest już cywilizowanie na dole.

Nie da się tym terenom odmówić uroków. Bardzo podobały mi się poprowadzone szlaki i jakby te tereny poznać lepiej to można rozrysować na prawdę fajną widokową trasę. Nawet problemu nie stwarzają znaki drogowe, takie jak ten zaprezentowany poniżej. Swoją drogą to jakoś nie powiela mi się z tym, co pokazuje nawigacja. Nie chce mi się wierzyć, że jest tam 29%, bo z gorszymy przewyższeniami walczyłem chociażby wjeżdżając na Szrenicę i to rowerem stricte przystosowanym do ścigania, a nie wyposażonym w sakwy.

Wiuuuu w dół. Jeżeli już na zdjęciu widać nachylenie to procenty się zgadzają.

Wspinaczkę nadrobiliśmy w kierunku Kompleksu Włodarz, czyli kolejnego miejsca wchodzącego w skład „Riese”. Przez wioski asfaltem w górę, a potem już schowani w lesie. Na sam koniec zjazd, a że było tak fajnie po ostatniej wspinaczce to przestrzeliłem zakręt i ostatecznie do Jedliny-Zdrój wracaliśmy taką samą trasą, jak ją rano opuszczaliśmy.

Zabytkowy most kolejowy Gerbera, który powstał w 1902 roku.

Pogoda idealna, że można było nawet jechać na krótko… głównie na podjazdach. Ostatecznie przejechaliśmy nieco ponad 70 km, ale wpadło ponad 1600 m przewyższeń i to takich przyjemnych przewyższeń. Z ciekawszych statystyk, które zapisała nawigacja to najtrudniejszy podjazd był właśnie od Rzeczki to schroniska, gdzie średnie nachylenie przekraczało 16%.

Jutro czeka nas kolejne rowerowe wyzwanie, czyli dalej uzupełniamy książeczkę Korony Gór Polski.

Udostępnij:

Komentarze

  1. Cześć Adrian, kopę lat, fajnie że ciągle jeździsz, jak widzę ciągle z Gosią i zawitałeś w moje rodzinne góry i zdobyłeś sówkę. Pozdrawiam serdecznie, kolega Marek z Bikestats.

    1. Hej,
      przerwy w jeżdżeniu nie było żadnej na szczęście. Jedynie z różnych powodów prywatnych zaniedbałem bloga, ale chcę do tego wrócić już tak konkretnie. Gosia to już nieodłączny element rowerowych wypraw.
      Nie miałem pojęcia, że tamte rejony to twoje rodzinne strony. Pokochałem góry i gdy tylko mogę to je odwiedzam. Udało się wdrapać na Wielką Sowę rowerem, ale był już pieszy w zimie i znając mnie nie jest to ostatnia tam wizyta 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *