Bardzo lubię wszelkie ściganie, gdzie nie ma ścisku, głupiego przepychania i powodowanie niepotrzebnych niebezpieczeństw. Taką szansę daje jedna z rund Szosowego Klasyka, która co roku odbywa się w Kowarach.

Mamy w tym przypadku uphill, czyli wjazd na Przełęcz Okraj. Około 13 kilometrów jazdy ciągle pod górę, a start to już w ogóle rewelacyjny, bo z rampy 🙂 Zawodnicy puszczani są, co 15 sekund i zdani wyłącznie na siebie.

Do miejsca startu mam niecałe 3 kilometry, ale spieszyć się nie trzeba, bo pakiet odebrałem dzień wcześniej. Tak więc spokojnie z rana można się przygotować, a z rampy wyruszać będę dopiero o godzinie 10:20.

Oczywiście melduję się na miejscu imprezy trochę wcześniej, ale szybko te minuty uciekają i zanim się obejrzę to już stoję na starcie. Odliczanie i jestem na kostce brukowej. Start z rynku, więc musi być tutaj kostka. Potem już mamy asfalt, który pnie się już na samy szczyt. Dodam jeszcze, że wyścig odbywa się w ruchu zamkniętym i kierowcy przez te parę godzin po prostu muszą czekać. Była informacja, że na paru kilometrach położono nowy asfalt. Ciężko mi się odnieść, bo tylko raz jechałem tą drogę, a na samą granicę polsko-czeską, gdzie jest Przełęcz Okraj to nigdy nie zaglądałem. Będzie to mój pierwszy raz.

Co do samej jazdy to popełniłem jeden błąd. Za dużo na temat przełęczy naczytałem się w necie i podszedłem do niej bardzo asekuracyjnie. Ogólnie to nie ma tam jakiś niewiarygodnie dużych przewyższeń. Przez większość trasy i tak jedzie się na blacie. No krzyżuje się wtedy łańcuch paskudnie, ale płynność jazdy jest… jakby to ująć… zadowalająca. W necie naczytałem się, że trzeba tutaj trochę popracować, więc gdzieś ten zapas sił zostawiałem (tak w razie czego). Tak magazynowałem energię, że w końcu pojawiła się meta 😀

Postać drugoplanowa.
Źródło: https://www.facebook.com/SzosowyKlasyk

Trzeba było moc wykorzystać, więc standardowy sprint i finisz z 32 km/h na liczniku. Udało się tam jeszcze kogoś wyprzedzić na kresce.

13 kilometrów udało się pokonać w czasie 0:36:01. Można to zrobić lepiej i w przyszłości może wrócę jeszcze na Okraj z celem poprawienia wyniku. Bardziej muszę nauczyć się kontrolować kilometry, bo zazwyczaj nie patrzę na ten parametr i potem jestem zdziwiony, że to już.

Na szycie bufet. Jeszcze popatrzyłem na zawodników, którzy docierali do mety i można było zjeżdżać. Pogoda bardzo dopisała, bo nie było gorąco, ale także i zimno. Spokojnie na górze paradowałem na krótko i podczas zjazdu także to nie stwarzało problemów.

13 kilometrów i przewyższenia równe 580 metrów.

Organizacja zawodów stoi na bardzo wysokim poziomie. Atmosfera super, a cała idea takiej indywidualnej jazdy na czas – rewelacja. Dekorację odpuściłem, chociaż do miasteczka zawitałem na chwilę, gdzie akurat szykowali się biegacze, którzy będą biec właśnie na Okraj. Nie miałem jednak zbyt dużo czasu, bo musiałem wracać do miejsce noclegu, zapakować się i ruszać do Jeleniej Góry na pociąg. Co prawda nocleg miałem jeszcze do kolejnego dnia, ale następny dzień wolałem poświęcić na wspólne kręcenie z Gosią już po naszych terenach. Niestety nie mogła ze mną być tym razem w formie wsparcia, ale pewnie nadrobi to w przyszłości 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.