Można powiedzieć, że już mam jakieś tam doświadczenie w nocnej jeździe rowerem. Nie będę się odnosił do tego, jak się jeździ w ciemności. Poniekąd zostałem na to skazany, bo musiałem dostać się na pociąg do Krzyża Wielkopolskiego, który z dworca wyjeżdżał około 4 nad ranem. Miałem dwa rozwiązania:
– ostatni pociąg z Gorzowa do Krzyża i na miejscu melduję się w granicach 22.
– spokojna jazda w nocy, aby na miejscu zameldować się po godzinie 3.
Padło oczywiście na to drugie, bo spokojnie można wyjechać po północy. Rower szosowy i do pokonania nie ma nawet 70 kilometrów. Jak nic specjalnego się nie wydarzy, to niektórzy nie zdążą zasną, a ja już będę na miejscu.

Ostatnie dni były upalne, ale jak na złość wieczorem postanowiło trochę popadać. Zmiany pogodowe, pełnia księżyca wpłynęły na pogodę i było bardzo wilgotno. Wyjeżdżałem grubo po północy, a parowało niemal wszystko. Mgła była dość duży i mimo, że temperatura była w granicach 20 stopni to szybko trzeba było wyposażyć się w wiatrówkę, bo wilgoć robiła swoje. Z biegiem kilometrów temperatura spadała, a okulary parowały coraz bardziej 🙂

Czy lampki aż tak są potrzebne?

Zjawisko było podobne do tego, co w nocy, a w zasadzie nad randem można było odczuć podczas podczas ultramaratonu Lubuska Szosa. Jedziesz – jest chłodno, osiada na Tobie wilgoć; stoisz – cieplutko i przyjemnie.

Trochę popadało i koledzy wyszli na ulicę.

Jazda szła bardzo sprawnie i musiałem często odpuszczać, bo o wiele za wcześnie zameldowałbym się na miejscu. Tak więc rekreacyjnie machałem sobie nóżkami, a kilometry ubywały. Z racji tego, że była to sobota to gdy zbliżałem się do miejscowości, czuć… a w zasadzie słychać było, że mamy weekend.

Korzystam z pierwszego pociągu, który jedzie do Poznania. Ludzi mało, dworzec niemal pusty. Plus taki, że obsługa bardzo szybko uruchamia maszynę i podstawia na peron. Można się ulokować w środku i posiedzieć w spokoju. O tej porze to spotkać można jednej, popapranego rowerzystę 😀

Było za dobrze, a równowaga musi być

Do tej pory wszystko szło bardzo sprawnie, ale w przyrodzie równowaga musi być zachowana. Pociąg do Poznania jedzie godzinę z hakiem i na dworzec dojechał bez problemu. Tam z godzinę muszę poczekać i przesiadka do Kamieńczyka, który wyrusza w najlepszy kierunek – góry.

Pociąg nie został podstawiony dużo wcześniej, a przyjechał parę minut przed odjazdem. Wagonów dużo, ludzi też, ale fajnie wszystko się rozchodzi na te wszystkie miejsce. Świetny wagon rowerowy i moja ulubiona jednomiejscowa miejscówka 🙂

Ruszamy i taka piękna podróż kończy się w Lesznie. Okazuje się, że właśnie wagon rowerowy ma awarię hamulców i musi zostać odczepiony. Ląduję w przedsionku, gdzie przeszkadzam wszystkim, a potem mini korytarzyku do warsu, gdzie przeszkadzam trochę mniej.

W takich „komfortowych” warunkach będę podróżował ponad cztery godziny.

Czekałem na to, aby wbili się jeszcze inni rowerzyści. Dopiero byłby tam niezły sajgon. Na szczęście nikt taki się nie pojawił. Podróż wymęczyła mnie bardzo, ale koniec końców z ponad godzinnym opóźnieniem melduję się w Jeleniej Górze.

W ogóle panowie, którzy bawili się w odłączanie wagonu powiedzieli, że o problemach wiadomo było od co najmniej dwóch tygodni, ale jakoś nikt nie za bardzo się tym przejmował. Ludzie mogli się przesiąść, a ja jako rowerzysta został pozostawiony sam sobie. Jeżeli zapytałem, gdzie mam się ulokować, to otrzymałem odpowiedź – wzruszenie ramionami. Nie jestem kierownikiem pociągu, a pomocy od niego nie uzyskałem. Plus taki, że wagon został odczepiony i pociąg pojechał dalej, bo jakby podstawili autobus to ja bym został całkowicie zignorowany.

Podróż rowerem w pociągach nie jest problematyczna to czasu, gdy coś nie zadziała, się popsuje, najgorzej jak pojawi się komunikacja zastępcza. Wtedy jesteśmy skazani sami na siebie, bo od PKP żadnej pomocy nie otrzymamy.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.