Zapowiadał się wietrzny dzień, ale chyba w nocy musiało być o wiele gorzej. Na drogach pełno porozrzucanych gałęzi, a podmuchy wcale nie ustawały. Na szczęście szybko dało się wykalkulować, że w drugiej części dnia wiatr będzie dla nas korzystniejszy. W zasadzie podmuchy były na plus, bo przynajmniej nieco chłodziły w ten upalny dzień.

Tym razem szybko, najprostszą drogą wydostaliśmy się ze Świeradowa-Zdrój w kierunku granicy czeskiej. Trochę powieliliśmy trasę z wczorajszego powrotu, ale później wpadamy na nowe tereny.

W letnie dni takie miejsca są, jak zbawienie.

Trochę wiosek, pagórków i pojawia się trochę z zaskoczenia perełka dzisiejszego dnia – Rezerwat Przyrody Jizerskohorské bučiny. Miejsce przepięknie. Całkowicie schowane w gęstym lesie, a przez cały czas prowadzi nas przepiękna szutrowa droga.

Tak będzie przez parę kilometrów.

Z jakiej strony do rezerwatu by się nie wjeżdżało to zawsze jest pod górkę. Nie są to jednak jakieś wielkie nachylenia. Jedzie się całkiem przyjemnie, a w wyższych partiach można zza drzew obserwować górskie szczyty.

Podróż przez rezerwat ma jeden minus. Może dokładnie nie można tego nazwać minusem. Chodzi o salamandrę, popularną jaszczurkę w tych częściach, która równie chętnie korzysta z rezerwatu. Na całej trasie na drzewach można znaleźć informacje, aby na nie uważać. Niektóre bardzo zabawne 🙂 . Może głównie przez czeski język, który dla nas jest sam w sobie zabawny.

Mamy więc ograniczenie do 10 km/h, a czarno-żółte stworzenia są tutaj na priorytetowym miejscu. Nam niestety nie udało się żadnej spotkać.

Izery, czy to po polskiej stronie, czy czeskiej fundują to samo. Mamy więc tutaj wysyp skał.
Jeździmy tylko po oznaczonych miejscach, uważając na salamandry.

Wyjazd z lasu był jednoznaczny z opuszczeniem rezerwatu. Postanowiliśmy stworzyć sami sobie atrakcję i asfaltem zjechaliśmy solidnie w dół, do najbliższej miejscowości, aby potem wdrapać się już szlakiem rowerowym z powrotem na górę. Wspinaczka trochę wymagająca. Dużo korzeni, a nachylenie skłaniało do większego wysiłku. Na szczęście na końcu czekała wiata, gdzie można było nieco odsapnąć.

Warto pamiętać, co nie można robić na szlakach pieszych.

Nas jednak zainteresował niepozorny budynek po drugiej stronie ulicy. Liczyliśmy na jakieś okienko, gdzie kupimy zimne piwo, lody. Szok był większy, gdy niepozorny budynek okazał się solidną… zagrodą! Wystarczyło wejść do środka, aby natrafić na tętniące życiem miejsce. Multum ludzi, a jedzenia i piwa było pod dostatkiem. Miejsce tak ukryte wśród lasów, a w środku fenomenalnie.

Tworząc ten wpis dopiero dowiaduje się, że miejsce to nazywa się Hausmanka U Kozy, a opinie w necie same pokazują, jakie to przychylne jest miejsce.

No oczywiście, jedno już upite.
Wchodzisz do środka i widzisz to.
Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać.

Chciałoby się tam siedzieć, ale mamy jeszcze sporo kilometrów do pokonania. Lecimy w dół do miejscowości Frýdlant.

Rzeka Witka, która była ukojeniem dla nie jednej osoby.

Dzisiaj nie czekało na dużo przewyższeń, ale na tych 80 kilometrach przekroczymy te tysiąc metrów w pionie. Stąd też ostro lecieliśmy w dół. Znaleźliśmy się na 300 m n.p.m. i w końcu trzeba było to w końcu nadrabiać.

Pierwsza okazja natrafiła się na ulicy Zamkowej. Gdzie budowano zamki? Na wzniesieniach. Podjazd jednak na plus, bo była okazja odwiedzić Zámek Frýdlant.

Zamek powstał w połowie XIII wieku i jest jednym z największych zamków w północnych Czechach.

Dookoła zamku jest wyznaczony szlak pieszy. Na dziedziniec można spokojnie wejść i tam także wytyczono trasy. Jednak do wnętrza samego zamku można wejść tylko za opłatą i z przewodnikiem.

Turystyczne szlaki w okolicy zamku.

Szkoda, że nie udało się wpisać do Księgi Pamiątkowej. Takową namierzyliśmy, ale żaden długopis, który przy niej był nie chciał współpracować. Szkoda, bo lubię takie smaczki, a słów sporo znam 🙂

Bez płacenia wyżej się nie da.
Na zamku można także dobrze zjeść.

Poważniejsze góry zostawiamy za sobą i bardziej wbijamy się na tereny nizinne. Czekała nas jazda po wioskach, bo ciekawi byliśmy, jak tam żyją Czesi. Było trochę otwartych terenów, a upał robił swoje.

Mury Kościoła Św. Jakuba.

Tyle zachowało się z kościoła, który powstał w 1340 roku, a w 1431 został spalony przez Husytów. Obecnie znajduje się na terenie wsi Jindřichovice pod Smrkem.

Trochę na okrętkę, ale zmierzamy w kierunku Novégo Města pod Smrkem. Do samej miejscowości jednak nie wbijemy, bo korzystamy ze singla, który zaprowadza nas do miejsca, które odwiedzić musi każdy rowerzysta, który przebywa na tych terenach – Singltrek pod Smrkem. Wszystko co kojarzy się z rowerem, to właśnie tutaj.

Piwo na ochłodę i po chwili odpoczynku czekają nas ostatnie kilometry. Niedziela niehandlowa i to jest nasze wytłumaczenie na brak lodów… prawdziwe wytłumaczenie to żadne z nas nie chce się już wdrapywać na deptak. Chłodna kąpiel – tego najbardziej potrzeba w tej chwili.

Jeżeli chodzi o single to póki co liźnięliśmy ich mały procent. Nie ma opcji, aby tutaj nie wrócić. Może uda się już niedługo 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.