Wypad do Świeradowa-Zdrój, ale z głównym nastawieniem na kręcenie po czeskiej stronie. Jakoś nigdy nie było okazji zawitać do naszych sąsiadów rowerami, a człowiek nasłuchał się tyle ochów i achów, że trzeba było to wszystko zweryfikować.

Największy problem do wydostanie się z miasta, bo jakby nie jechać to zawsze jest pod górę, a gdy zapuścimy się w kierunku Polany Izerskiej to jest baaardzo pod górę. 8 kilometrów trwa całą wieczność, ale gdy na horyzoncie pojawia się Chatka Górzystów to jest już o wiele łatwiej.

Chatka Górzystów jak na schronisko przystało ma swój górski urok.

Dalej to już w zasadzie nieznane tereny. Kierunek południe i w pewnym momencie przeskoczymy naturalną granicę i znajdziemy się u Czechów.

Wspominałem o ochach i achach?
Potoki górskie mają branie – Izera.

Po pierwszych podjazdowych wyzwaniach dalej kilometry uciekają szybko. Tak samo jak pojawiają się czeskie napisy. Z racji tego, że nigdy w tych terenach nie byłem to pierwszy raz stopę postawił na nowym moście granicznym, który powstał w zeszłym roku.

Jeżeli chcemy trzymać się szlaków rowerowych to czeka nas niemiła przeprawa trudnym szlakiem. Nie ma opcji, aby tam jechać rowerem, bo najpierw musimy pokonać schody, potem skały (nie mylić ze skałkami) i korzenie. Wszystko to w przeciwnym kierunku niż spadanie. Moim zdaniem tam powinna znajdować się jakaś kamera online, bo co tam wyczyniają rowerzyści, aby pokonać ten odcinek to nie jednej osobie poprawiłoby humor.

Ostatnie kilometry pieszej wędrówki.

To była jedyna trudność na trasie, gdzie musieliśmy ściąć, a innej możliwości nie było. Dzięki temu znajdujemy się na 854 m n.p.m. Teraz czeka nas jazda w dół do Doliny Izery, a potem znowu w górę 😀

Las, asfalt i wyłączony ruch śmierdzących samochodów.
Most kolejowy nad Izerą.

99% dzisiejszej trasy to szlaki rowerowe. W zasadzie przepełnione szlaki rowerowe, bo infrastruktura jest na tyle rozbudowana, że sezon nie w pełni, a ludzi ogrom.

Nas czekała teraz dłuższa wspinaczka.

Za dotarcie na szczyt, czyli na wysokość 895 m n.p.n. była Chata pod Bukovcem. Nie było opcji, aby się tam nie zatrzymać i trochę słodzić zimnym piwem. Zwłaszcza, jak się widzi polanę całą w rowerach, gdzie ledwo można znaleźć miejsce, aby zaparkować swoim.

Niealkoholickie pivo.

Jak łatwo się domyślić – ruszamy w dół. Widoków nie da się opisać, bo Jizerka ma niepowtarzalny klimat. Zamiast lecieć w dół, korzystać z grawitacji to człowiek co chwilę chce się zatrzymywać i podziwiać to piękno.

Kolejne miejscowości pozostawialiśmy za swoimi plecami, a głowy latały nam na boki. Zjechaliśmy z wyższych partii gór, ale wcale klimat się nie zmienił.

Lázně Libverda, taka mieścina uzdrowiskowa.

Nové Město pod Smrkem fanom dwóch kółek nie trzeba przestawiać. Tamtejsze single zostawiamy na później. Póki co to tylko lody i lecimy na czesko-polską granicę. Potem czekała nas przeprawa przez Czerniawę, a z racji tego, że szło nam na tyle sprawnie i trochę czasu jeszcze zostało to wpadliśmy na Zajęcznik.

Będzie szansa porównać rodzime single z tymi czeskimi. Wybraliśmy wariant najdłuższy i tak szczerze to trochę pod koniec zrobiło się nieco nudno… monotonnie.

Zakręt Piwowara 😀

Początek jest całkiem fajny. Potem single zamieniają się na dłuuugi podjazd. Kolejna część jeszcze po ostatnich wycinkach nie ma tego klimatu, a na sam koniec dostajemy głównie podjazdy, podjazdy, podjazdy.

Nie ukrywam trochę się wymęczyliśmy i z miłą chęcią wpadliśmy na deptak uzupełnić kalorie.

Dzień całkiem udany, bo wpadło niecałej 87 kilometrów, a w pionie 1 744 metry.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.