Nasza druga wizyta na rajdzie Dookoła Zalewu Szczecińskiego organizowanego przez Szczeciński Klub Rowerowy Gryfus. Start zaplanowano na godzinę 7, ale trzeba było zameldować się nieco wcześniej, aby odebrać pakiety u przewodnika grupy i przekazać rzeczy, które zawiezione zostaną do Świnoujście, gdzie czeka nas nocleg. Dołączyliśmy do grupy nr 2 – gorzowskiej, ale także i rowerzystami z Nowogardu i Goleniowa.

Niemiecka część zalewu jednak piękniejsza?!

Pierwszego dnia czeka nas do przejechania około 160 km, głównie po niemieckiej stronie. Najgorsze jednak są początki, bo Policja nie pozwala za bardzo 400 rowerzystom jechać samodzielnie i w zwartej kolumnie w asyście mundurowych telepiemy się przez Szczecin. Nie mam pojęcia ile czasu zajęło przejechanie 3 kilometrów, ale wydaje mi się, że szybciej ten dystans można pokonać pieszo.

Trochę tych rowerzystów się nazbierało.
Widoki z Łasztowni – te lepsze z jednej niestety strony.

Policjanci dają nam spokój w okolicach granicy, gdzie wskakujemy na fajną drogę rowerową i pierwszy postój na przegrupowanie mamy właśnie przy granicy.

Plenerowa kuchnia oferowała coś do picia, ale także i słodkości. Wystarczyło wrzucić do skarbonki co łaska. Pieniądze przeznaczone zostaną na zakup rowerów dla mieszkańców Ukrainy, którzy w wyniku napaści przez Rosjan musieli opuścić kraj i schronienie znaleźli u nas.

Orzechowiec – tyle w temacie 🙂

Po przerwie, napełnieniu brzuchów, toalecie, itp. ruszamy na niemieckie szlaki. Startujemy według grup i dla nas najważniejsza jest powiewające chorągiewki przewodników. Niestety nie dla wszystkich prowadzący i zamykający grupę pełnili jakąś ważną rolę. Jeżeli chodzi o zasady jazdy w grupie to nasza nie za bardzo w tym aspekcie się spełniała.

Każdy z nas otrzymał także numer startowy.

Rajd co prawda rozbity jest na dwa dni, ale połączę to w jednym wpisie. Jeżeli chodzi o szlaki naszych sąsiadów to niewiele się zmieniły. Trasa niemal identyczna z tą, którą kojarzę przy pierwszej wizycie. Postoje w tych samym miejscowościach i obiad ponownie we wspaniałych walorach rozlewiska.

To właśnie po tej dłuższej sjeście zaczął się armageddon. Tutaj zmieniał się kierunek naszej jazdy i wiatr już nie był naszym przyjacielem. Północno-wschodnie podmuchy, a właśnie w tym kierunku musieliśmy jechać. Jeżeli chodzi o podział na grupy, tempo jazdy, trzymanie się przewodników, itp… to nic takiego nie istniało. Każdy jechał, jak chciał.

My postawiliśmy na wariant spokojniejszy i mogliśmy trochę na spokojnie porozmawiać z niektórymi osobami z tym naszym prowadzącym Mateuszem, który okazał się mega sympatyczną osobą. Najbardziej przy tym wietrze współczułem mu tej chorągiewki, która jak się potem dowiedziała, dawała przy tym wietrze wrażenie jakby się miało kapcia w tylej oponie.

Kilometry jakoś tam uciekały i nawet czasowo bardzo dobrze na tym wyszliśmy. Do morza dotarliśmy i w zasadzie czekało nas z jakieś 8 kilometrów promenadą już do Świnoujścia. Tutaj obracaliśmy się już w kierunku wschodnim, więc i wiatr nie był taki perfidny w twarz.

Tym razem wszyscy nocowaliśmy w jednym miejscu, ale i tak pozwiedzaliśmy sobie trochę miasto, bo pojechaliśmy za grupą, która nie za bardzo wiedziała, gdzie mamy nocleg. Szybko jednak namierzyliśmy docelowe miejsce. Z racji tego, że grupy solidnie się porozpadały to nie było kolejek do recepcji i szybko mogliśmy się dostać do swojego pokoju. Jeszcze tylko jakieś zakupy (które trwały nader długo!) i do spania.

Wracamy do Polski… z Policją.

Z rana musimy się nieco ogarnąć, ale najpierw obowiązkowe śniadanie. Podzieleni byliśmy na dwie grupy śniadaniowe, ale i tak stworzył się solidny zator. Plus taki, że jednak większość to czeka w kolejce po kawę (której nie piję) i po standardowe, słowiańskie śniadanie (czyli parówki i jajecznica). Jeżeli ktoś (np. ja) szuka czegoś innego to nie miał w zasadzie nikogo na plecach, a wybór jedzeniowy był ogromny.

Po godzinie 8 planowany był wyjazd i nie było zmiłuj, bo czekał na nas prom. W zasadzie to my musieliśmy się dostać na określoną godzinę. Przez Świnoujście standardowo skrzyżowania blokuje policja, ale jakoś tam płynniej jedziemy.

Przeprawa promem. Niektórzy mają specjalne miejsca siedzące.

Po wyjściu na drugi brzeg zaczyna się katorga, bo tworzymy jedną kolumnę bez zasad i jedziemy za radiowozem. Z pierwszej wizyty na tym rajdzie nie wspominam drugiego dnia dobrze i myślałem, że może coś się zmieniło. No owszem jakieś plusy są. Po polskiej stronie powstały nowe odcinki szlaków z których korzystaliśmy, ale nie zabrakło asfaltowych odcinków i tułaczki za Policją.

Jechaliśmy przepięknym odcinkiem wzdłuż zalewu, który swoimi walorami przebijał ten niemiecki. Na szczęście powstało trochę tych kilometrów z dala od ruchliwych dróg, gdzie jedzie się bardzo przyjemnie. W miejscach, gdzie tworzyliśmy grupy to nasz przewodnik nieco przypilnował nieogarnięte osoby i jakoś składnie potrafiliśmy jechać… chociaż się staraliśmy.

Postoje w zasadzie w tych samym miejscach. Tak samo, jak obiad i bar, który ponownie odwiedziliśmy w Stępnicy 🙂

Na temat drugiego dnia nie ma co zbytnio się rozpisywać. Pokonujemy około 130 kilometrów, a większość to jazda w kolumnie. Mega nuda, chaotyczna. Plus taki, że w Szczecinie jest trochę remontów to nie musieliśmy wykonywać po centrum parady, aby dostać się na zakończenie rajdu do Łasztowni.

Taki wyjątkowy medal otrzymał każdy z uczestników na zakończenie rajdu.

Bagaże przygotowane były już do odbioru. Medale otrzymane. Pożegnaliśmy się i pojechaliśmy na miejsce noclegu. Godzinowo wyszło całkiem fajnie i był jeszcze czas na odpoczynek, a jutro wracamy na kołach do Gorzowa.

Pogoda się spisała. Może poranki były nieco chłodne, ale w ciągu dnia towarzyszyły nam promienie słońca i nawet udało się nieco opalić… znaczy spalić 😀

Podsumowanie

Rajd sam w sobie jest ciekawy. Ogromna ilość rowerzystów z całej Polski, przepięknie krajobrazy, nocleg w bardzo komfortowych warunkach i solidna ilość kilometrów. Minus to jednak ta jazda w kolumnie przy asyście Policji. Może w przyszłości wrócimy, aby objechać zalew… poczekamy jednak jak powstaną kolejne odcinki trasy, aby tej jazdy w kolumnie było jak najmniej.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.