W nogach mamy już grubo ponad 40 kilometrów, więc ostatni dzień miał być nieco spokojniejszy… ale wyszło jak zawsze 😀 . W nocy znowu popadało, więc zdecydowaliśmy się uderzyć na północ, w nieco niższe partie gór. Śniegu będzie mniej, grzęźnięcia także. Plan idealny.

Pierwszym punktem była wieża widokowa Czerniawska Kopa. Mamy tam coś w granicach 4 kilometrów, więc idealnie.

Zejście z gracją.

Nasza wędrówka była o tyle ciekawa, że kilometry przybywały, ale cały czas w zasięgu naszego wzroku mieliśmy nasz dom w którym mieszkaliśmy.

Kierowaliśmy się czarnym szlakiem pieszym przez Czerniawę-Zdrój i totalnie zaskoczyło nas podejście w kierunku wieży. Klimat nieziemski, bo jakby szło się w lesie, ale pod górę było dosyć długo i całkiem stromo.

Modlitwa do Bożka wszystkich Sów Dziennych.

Nasz nocleg znajdował się na około 575 m n.p.m. i przez nieco ponad 4 kilometry musieliśmy się dostać na wysokość około 760 m n.p.m. Momentami nachylenie spokojnie przekraczało 25% 🙂

Trzeba pozostawić po sobie jakiś ślad...
jaki by nie był 😀
Wieża Widokowa na Czerniawskiej Kopie.

Wieża ma 15 metrów wysokości i znajduje się na nieopodal wzniesienia Czerniawska Kopa (776 m n.p.m.). Zapewnia przepiękne widoki, a nam akurat towarzyszyło słońce, więc to piękno zostało solidnie spotęgowane.

Było cały czas do góry, więc jak to przystało na prawdziwych miłośników gór – teraz będzie w dół. Zejdziemy do Czerniawy i tam zataczając koło będziemy wracać w kierunku Świeradowa-Zdrój (czytaj z powrotem pod górę).

– Ale, że w dół?
Są i koniki, jak to mieście.

Czekało nas przebicie się przez miasto, czy tam dzielnicę. Całkiem fajnie się złożyło, bo po drodze natrafiliśmy na bardzo klimatyczną kawiarnię Cafe Wolna. Nie ukrywam, że przy tak długim, ostrym podejściu trochę plecak zaczął mi ciążyć. Przerwa na ciasto i Yerba Mate w postaci oranżady bardzo pomogły.

Domostwa pozostawiamy za sobą i powoli będziemy zmierzać w kierunku Zajęcznika, którego nieco liznęliśmy podczas pierwszego dnia pobytu tutaj. Może liznęliśmy to za mocne słowo, bo ona był u góry, a my w zasadzie prawie na dole.

Po drodze natrafiamy na grotę i nie było szans, aby w każdą szczelinę nie włożyć głowy… znaczy latarki.

– Ho ho… jest tam kto?!
– Ho ho… jest tam kto?!

Docieramy do miejsca, gdzie łączą się single tracki, trasy biegowe i piesze. W zasadzie mamy prostą drogę na szczyt zwany Zajęcznikiem, ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie poszli na okrętkę. Szybka weryfikacja mapy i ruszamy trasą rekreacyjną w kierunku wzniesienia.

Uwaga na rowery!
Prawie jak Sahara.

Bardzo podoba mi się to miejsce. Mamy las w mieście, a ścieżki są tak świetnie zaprojektowane, że w ogóle nie czuć, że jest się w mieście. Rzut beretem od nas są ludzie, a my czujemy się jakbyśmy byli daleko od nich.

Ach te pozowanie.

Zrobiliśmy solidne kółko i wdrapaliśmy się na Zajęcznik (595 m n.p.m.). Wysokość może nie jakaś porażająca, ale trzeba mieć na uwagę że ostro zeszliśmy w dół. Na górze mamy ścieżkę edukacyjną i nią zejdziemy ponownie w dół 😀

Leśne cymbały… niewiele Gosi trzeba do szczęścia.

W zanadrzu mieliśmy jeszcze jedną opcję – Sępia Góra. Czeka nas solidne podejście na ponad 800 metrów, a my znajdujemy się na 500 paru… no nieźle. Godzina jednak młoda, więc wszyscy zgodnie się zgadają, aby tam jeszcze się wybrać.

Tam gdzieś będziemy szli.
Rzeka Kwisa.
Jest i ciuchcia.

Okazało się, że szlak którym będziemy wspinać się w górę nazywa się Golgotą Izerską. Swoistego rodzaju droga krzyżowa. Początek jest asfaltowy, a później to już ciężko stwierdzić. Alternatywna trasa prowadziła dalej asfaltem (ale czy do końca to nie wiem), my jednak skorzystaliśmy ze skrótu. Bardziej wymagający, ale o wiele krótszy.

Opcja może być tylko jedna.
Oj było pod górę.

Narzekałem na podejście z początku dnia? Cofam… pod Sępią Górę jest o wiele trudniej. Zwłaszcza, że trasa idzie korytem rzeki i można było na lodzie się nie raz oszukać. Szlak bardzo klimatyczny, a gdy nabieramy wysokości to widoki robią się coraz piękniejsze. No może trochę zasłaniają drzewa, ale robią się otwarte miejsca i można spojrzeć na siebie.

Z tego co udało się wyczytać to pielgrzymowy szlak powstał w zeszłym roku i po drodze mamy stacje Drogi Krzyżowej. Na samym szczycie znajduje się oczywiście krzyż.

Sępia Góra zaliczona 🙂
Idealnie trafiliśmy na zachód słońca.
Będzie na pamiątkę… a może na bloga?

Nasza Droga Krzyżowa dotarła do końca. Słońce już schowało się za horyzontem, więc to idealna pora, aby wracać na dół. Gdzieś tam pojawiała się myśl, czy nie skorzystać z alternatywnej trasy, ale nasza matematyka wykazała, że spokojnie dotrzemy do miasta przed zapadnięciem ciemności. W końcu będzie ostro w dół 🙂

Po drodze rzut okiem na Stóg Izerski, gdzie akurat trwała przerwa w „nartowaniu”.

Na dół spokojnie się dostaliśmy zanim zrobiło się ciemno. Po drodze zakupy i chcieliśmy odwiedzić jakąś knajpę. Na nasze nieszczęście akurat mamy sobotę. Turystów przybyło i zrobiło się trochę tłoczno, że kolejki ustawiały się przed lokalami. Na szczęście po drodze już poza zgiełkiem miasta mamy fajną knajpkę Bar u Kazika. Nie zjemy tutaj de volaille a’la Magda Gessler, ale jest tam całkiem sympatycznie, a jedzenie mają i to całkiem smaczne 🙂

Potem już prosto do domu.

Na wstępie pisałem o zaskoczeniu i żadne z nas nie spodziewało się tego, że dzisiaj na 27 kilometrach zrobimy 1113 metrów przewyższeń. W poprzednie dni przy podobnym dystansie nie przekraczaliśmy 900 metrów przewyższeń. W zasadzie kręciliśmy się dookoła domu, a wyszło całkiem sympatycznie.

To był ostatni dzień pobytu w Świeradowie-Zdrój. Pogoda idealnie nam dopisała. Na pewno tutaj wrócimy, bo jeszcze jest wiele miejsc do zobaczenia. Zima w górach jest cudowna!

Udostępnij:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.