Wybraliśmy się na kilka dni do Świeradowa-Zdrój z nastawieniem na aktywność pieszą. Chociaż w mojej głowie gdzieś tam rodziła się myśl narty biegowe, ale nie za bardzo miałem wsparcie u pozostałych członków wyjazdu w postaci Gosi i Leszka.

Śnieg zalegał na ulicach miasta i pewnie w wyższych partiach było go więcej. Na szczęście podczas pierwszej nocy popadało konkretnie i aura zrobiła się prawdziwie zimowa. Wyjście na szlak z rana, aby wpadła konkretna ilość kilometrów zanim zapadnie zmrok. Jeszcze trochę popadywało, ale najbardziej straszyli bardzo silnym wiatrem.

Taka była widoczność, gdy wyruszaliśmy na szlak.

Kto miał okazję zmierzać ze Świeradowa-Zdrój w kierunku schroniska na Stogu Izerskim ten wie, że mamy dużo zalesionego terenu i wietrzna pogoda nie jest aż taka straszna. W ogóle miasto to miałem okazję zwiedzać tylko rowerowo i to zazwyczaj przejazdem. Tym razem przyjechaliśmy już po zmroku i ciężko było się zorientować, gdzie się w ogóle jest. Na kolejny dzień było o wiele łatwiej i nawet udało się pokryć trasę z rowerowym wypadem z lipca poprzedniego roku 🙂

Świeradów-Zdrój to masa singli, które znaleźć można także po czeskiej stronie.

Szlakiem pieszym zmierzamy w kierunku Stogu Izerskiego i pierwsza przerwa czeka nas w schronisku. Ludzi mało, bo pogoda jakoś wielce nie zachęca. Jedynie napotkać możemy narciarzy, którzy gondolą dostają się na górę i potem zjeżdżają w dół korzystając z zaśnieżonej drogi asfaltowej. Nie mówię już o nartostradzie, które jest przy samym schronisku, gondoli.

Prawie, jak Himalaje.

Pogoda z biegiem czasu się poprawiła. Przestało padać i nawet momentami zza chmur wyglądało słońce. Zrobiło się bardzo przyjemnie, a im wyżej, tym widoki coraz bardziej bajeczne.

Atak szczytowy.

Im wyżej tym wiatr bardziej odczuwalny. Śniegu też więcej i kamieniste szlaki stały się przyjemnym gładkim podłożem. Drzewa i drogowskazy zamrożone. Widok przepiękny.

Eeee… dokąd zmierzamy?

Na szlaku spotkaliśmy inne trio w postaci ojca – córki – psa. Dobrze, że tak się stało, bo zostaliśmy uratowani przed torfowiskami i przebijaniem się po mokradłach po kolana. Chcieliśmy iść dalej zielonym szlakiem w kierunku Czerniawy, ale nikt z nas nie zagłębił się aż tak w mapę, aby zauważyć utrudnienia.

Wspomniany ojciec okazał się międzynarodowym przewodnikiem (EXIT Turystyka i Przygoda) i zaproponował wspólną trasę. Razem poszliśmy w kierunku Smreka i tamtejszej wieży widokowej, ale potem z wykorzystaniem nieoznakowanych ścieżek zejść na dół.

Patrząc na te zlodowacenia, z której strony wieje wiatr?
Wieża znajduje się na odsłoniętym terenie i wygląda żywcem wyjęta z Bieguna Północnego.

Widoki z wieży:

Wieża znajduje się tuż przy schronieniu, gdzie można chociaż na chwilę uciec od zimna. Oczywiście nie ma tam +20 stopni Celsjusza, ale o wiele przyjemniej niż na zimnym szczycie wieży widokowej.

W schronieniu znajduje się księga pamiątkowa. Nam się trafiło trochę niefortunne miejsce.

Po podziwianiu widoków ruszamy wspólnie razem, a do Pana Jacka leci setka pytań. Przy okazji uruchomił się instynkt doświadczonego przewodnika i wiele rzeczy mogliśmy się dowiedzieć.

Nie można wspomnieć o głównym bohaterze, który ukradł całe show.

To jest Bjørg, pies pełen energii. Nie będę się tutaj zagłębiał w jego historię, bo sięga aż po Norwegię i Biegun Północny. Pierwsze spotkanie mieliśmy właśnie w schronisku na Stogu Izerskim, gdzie Gosia kupiła go głaskaniem. Potem na szlaku każdy musiał go wygłaskać. Świetna psina, która w górach ma doświadczenie o wiele większe niż nie jeden z nas. Świetnie komponuje się w aktywną rodzinę.

Świetnie było spotkać takiego przewodnika. Dziękujemy 😉
Jedyne promienie słońca na kościół? Przypadek?

Zeszliśmy trochę dzikimi ścieżkami w kierunku nartostrady, aby potem przez nią się przedrzeć i wylądować na parkingu przy wjeździe na Single Track Zajęcznik. Jak mieliśmy okazję być tam w lipcu zeszłego roku rowerami to wtedy nikt nawet nie myślał, że powstanie tam wieża widokowa. Takowa tam od niedawna funkcjonuje i wspólnie na nią się udaliśmy.

Wieża widokowa na Młynicy (653 m n.p.m.)

Wieża posiada dwie lunety oraz na poręczach tabliczki na co patrzymy i ile jest kilometrów w linii prostej.

Pod wieżą się rozstajemy i mam nadzieję, że jeszcze nasze szlaki się skrzyżują. Do miejsca noclegu mamy w granicach kilometra, ale udajemy się jeszcze w kierunku centrum Świeradowa-Zdrój. Czeka na wędrówka w dół. Wykorzystujemy ciekawą ścieżkę pieszo-biegową.

Dostajemy się w okolice deptaku. Cel numer jeden to zdobyć magnes na lodówkę. Zawsze odpuszczam, bo później i potem nigdy na to nie ma czasu.

Zrobiliśmy sobie spacer z odwiedzeniem kilku sklepów i Pijalni Wód Mineralnych, bo kraniki na ulicy z racji pogody nie działają.

Nie mogło zabraknąć głaskania żabek: szczęścia, zdrowia, bogactwa i miłości.

Czekała nas jeszcze przygoda autobusowa, bo nikt z nas nie potrafił ogarnąć rozkładu jazdy. Wynikało z niego, że autobus zatrzyma się blisko miejsca, gdzie nocujemy, ale to chyba dzieje się w wyjątkowe dni. Na szczęście gdzieś w bocznej uliczce spotkaliśmy kierowcę autobusu, który szykował się do swojego kursu. Wszystko świetnie nam wytłumaczył i nakreślił plan.

Ogólnie mieliśmy około 15 minut, aby zrobić zakupy w sklepie. Potem przejechaliśmy się nadrabiając parę kilometrów i do domu czekał nas dystans około 2,5 km w tym trochę pod górę.

Na sam koniec wizyta w Restauracja Sekrety Piwowara, ale nie wszyscy ogarnęli, że w ogóle mieliśmy tam iść 😝

Dwa podejścia: grzaniec na rozgrzanie i zimnie piwo na ochłodę 🙂

Wychodziliśmy grubo ponad 20 kilometrów. Jutro czeka nas kolejny dzień i w głowach mamy zarys trasy, ale ona na spokojnie zostanie ustalona później, ale pewnie pojawi się także trochę spontaniczności.

Udostępnij:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.