Plenerowe imprezy wróciły do łask i w Sierakowie odbył się Europejski Piknik Napoleoński oraz Jarmark Europejski. Tych klimatów naocznie nie miliśmy okazji doświadczyć, więc wspólnie podjęliśmy z Gosią decyzję, że jedziemy.

Tym razem postawiliśmy na 100% dojazd i powrót na kołach. Sieraków wcale tak daleko nie jest, a przy okazji będziemy mogli zwiedzić trochę tamtejszych okolic. Pomysł może był dobry, ale szybko zostaliśmy pokarani :/

Za Międzychodem ładujemy się do lasu, aby dalej kierować się szlakami rowerowymi. Las to w zasadzie jedna, wielka piaskownica. Klimat okolic Międzychodu nie odbiega wielce od tych międzyrzeckich. Szlaków jest tam dużo i tyle samo piachu.

Kierowaliśmy się Szlakami Powstań Narodowych.

Po drodze spotkaliśmy innych rowerzystów, bardziej takich niedzielnych, którzy władowali się na tą samą trasę, co my. Były momenty, że trzeba było przepychać rowery i mi nawet udało się zbadać strukturę piachu z bliskiej odległości.

Koniec końców wydostaliśmy się na asfalt w miejscowości Górka, a stamtąd to już zaledwie 3 kilometry do Sierakowa. Impreza odbywała się przy moście, więc z namierzeniem miejsca nie było większych problemów. Swoją drogą Sieraków nie jest jakimś dużym miastem. Najważniejsze, że mają tam lodziarnię… ba… i to nawet nie jedną.

Zmiana warty.

Jakiekolwiek imprezy w klimatach danej epoki odbywają się w taki sam sposób. Mamy część stoiskową, gdzie znajdziemy rękodzielników, żarcie i wszelkiego rodzaju stowarzyszenia. Nowym punktem w tym roku są miejsca szczepień, które w zasadzie klientów to musiałyby sprowadzać tam siłą. Drugą częścią jest obozowisko, czyli miasteczko z namiotów, gdzie żyją rekonstruktorzy.

Rowery ulokowaliśmy w bezpiecznym miejscu i wybraliśmy się na rundę po stoiskach. Przyznawany był laur kulinarny i nagrodę otrzymała szkoła z Sierakowa, która serwowała odwiedzającym rosół z karpia.

Totalna nowość – rosół z karpia.

Klimaty nie moje, bo wielkim fanem zup nie jestem, ale po reakcji osób to musiało być dosyć smaczne. Dla mnie połączenie gorącego rosołu z gorącem lata to ostatnie co chciałbym łączyć. Łyka tam wziąłem, Gosia wypiła więcej i bardzie ona może się wypowiedzieć na temat smaku.

Uśmiech na twarzy wywołało także stoisko Browaru Gzub, które w każdym innym przypadku bym nie zauważył. Jednak to Ci panowie są organizatorami Piwnej Mili w Poznaniu. Mam fajne wspomnienia z zawodów, więc tam musieliśmy się zatrzymać na chwilę.

Z głośników zapowiedziano pokazów ptaków drapieżnych. Zaciekawieni udaliśmy się na miejsce i jak dla mnie był to najlepszy punkt dnia. Zaprezentowano trzy ptaki (imion niestety nie pamiętam).

Jastrząb.

Sokół.

Sowa.

Pokaz świetny i ani przez moment się nie nudziłem. Dużo ciekawych rzeczy opowiedziane o ptakach i w praktyce zaprezentowanie ich możliwości, m.in. bezszelestności sowy i zwinności jastrzębia.

Po zakończonym pokazie sowa dostała największą nagrodę.

Chwilę później odbyły się pokazy dżygitówki zaprezentowany przez Apolinarski Group. Miałem okazję już dwa razy widzieć ich w akcji i nie spodziewałem się niczego nowego. Było też bardzo gorąco i konie nie za bardzo chciały współpracować. Oczywiście nie umniejszam zdolności, bo jak ktoś nie widział tych wszystkich akrobacji to na pewno będzie po dużym wrażeniem.

Czas szybko uciekał, a my musieliśmy wrócić do domu, bo czekało nas jeszcze sporo kilometrów. Na 18:30 zaplanowano inscenizację, a o 22 pokaz nocny artylerii. Dla nas to niestety za późno. Chociaż w głowie rodził się pomysł nocnego powrotu.

Zanim jednak wyruszyliśmy w drogę powrotną to odwiedziliśmy jeszcze panów od ptactwa. Na spokojnie można było przyjrzeć się ptakom, które spokojnie siedziały sobie na pieńkach.

Ptaki przepiękne, ale całe show skradł mały szkrab – roczna sówka z inkubatora.

Czyż ona nie jest słodka?

Moglibyśmy tak stać i się na sówkę patrzeć, ale trzeba ruszać do domu. Tym razem jedziemy z drugiej strony Warty. Ostatnie kilometry już w zbliżającej się ciemności.

Słońce pomału idzie spać.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.