Do trzech razy sztuka, można by rzecz. Trzeci termin zawodów i inauguracja przeniesiona nad jezioro Grabino. Trasa ciągle ta sama – mironickie lasy. W zasadzie można by było myśleć, że ta sama, ale po problemach została nieco zmieniona.

Wczoraj pogoda była idealna i objechałem sobie trasę. Wtedy był jeden piaszczysty, trochę wymagający podjazd. No w zasadzie dwa, ale jeden tuż po dużym zjeździe i samoczynnie wdrapywało się na górę. Dzisiaj tego nie było. W zasadzie płaska i szybka trasa.

Oczywiście nie mogło być za łatwo i od 5 rano zaczął padać deszcz i tak sobie padał już cały czas. Zanim dojechałem na miejsce zawodów to byłem przemoknięty totalnie. W plecaku coś tam na zmian miałemę. Odebranie pakietu startowego i multum czasu do startu wyścigu. Z racji tego, że poprzedni rok zakończyłem na 19 miejscu w klasyfikacji Open to zaproszony zostałem do pierwszego sektora. Mając wizję tych wszystkich harpaganów wokół mnie to wolałem się schować z tyłu (z uśmiechem na twarzy uznaję, że tam jest moje miejsc). Może było to błędem, bo przebić się do przodu przy tylu osobach, gdzie 3/4 w przypływie adrenaliny jeździ chaotycznie – wcale nie jest takie łatwe.

Największą niespodzianką była GOSIA, która niespodziewanie pojawiła się na zawodach w roli kibica. Dzisiaj miała niestety dzień pracujący, ale uknuła plan, że pojawi się na starcie pokibicować. Zbawienny był jej samochód w którym mogłem się trochę ogrzać przed startem 😀

Przed startem i po starcie.

Trasa to jedno, wielkie błoto, które było wszędzie (nawet między zębami). Sądziłem, że tempo będzie o wiele wyższe, ale po pierwszych 20 minutach do liderującego Mariusza Gila traciłem ledwie 5 minut, co dla mnie jest drugim sukcesem. Pomijam już, że na drugim kółku doszło kolejne 5 minut plus dodatkowe 4 😀 . Jednak strata w postaci 14 minut do niepokonanego jest dla mnie sporo sensacją. Ogólne wyniki pokazują, że było dość ciasno.

Ja osobiście bawiłem się świetnie. Połykałem kolejne osoby, ale tak jak wspomniałem wcześniej, dużo traci się na samym starcie, gdy ulokujemy się z tyłu. Wyścig bez większych przygód i nawet nie przejechany na 100%. Bardziej się bawiłem i denerwowałem ludzi, których wyprzedzałem z każdym kilometrem. Bardzo chcieli podciągnąć się na moim kole… nie tak łatwo panowie 😛

Szkoda finiszu, bo już się do niego przymierzałem, gdy jakaś Pani z Mini wpadła na świetny pomysł, że zawróci z mety i będzie jechał w naszym kierunku. Musiałem odbić w lewo i trochę zjechać z utwardzonego szutru, a gdy już na widelcu miałem zawodnika jadącego przede mną i już oczami wyobraźni widziałem, jak go wyprzedam to trochę chamsko zajechał mi drogę, zamykając całkowicie drzwi. Niezbyt miłe zachowanie, bo doskonale mnie widział, ale niektórzy mają taki odruch, gdy nie mają innych możliwości. Na domiar złego okazało się, że ten zawodnik był w tej samej kategorii wiekowej i ostatecznie podium umknęło mi sprzed nosa.

Posiłek w majówkowym klimacie.

Gosia dostarcza mi grochówkę i udajemy się do samochodu, abym mógł się trochę ogarnąć. Zostaję sam i czekam na dekorację, bo Gosia musi wracać do pracy. Totalnie mnie zaskoczyła, że pojawiła się na zawodach, że tutaj w ogóle trafiła i do tego w taką pogodę.

Deszcz trochę się uspokoił, ale za ciepło nie było. Zabrakło jakiegoś ogniska przy którym można byłoby się ogrzać. Z drugiej strony, jakby takowe było to słabe szanse na przepchnięcie się do niego.

Medal pamiątkowy odebrałem. Ogólnie zająłem 51 miejsce na 90 startujących, a w swojej kategorii byłem 4. Bawiłem się dobrze, bez większej spiny. Warunki może nie najlepsze, ale też to jakieś doświadczenie.

Na losowanie nagród nie czekałem, bo po dekoracji Mega już tak byłem przemarznięty, że marzył mi się tylko ciepły prysznic. A czekała jeszcze dekoracja Mini, a tam osób o wiele więcej.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.