Kolejny dzień spędzony na rowerze i w zasadzie ostatnie podrygi lata. Poranki są już niestety trochę zimne, ale w ciągu dnia jest już bardzo sympatycznie. Słońce towarzyszyło nam niemal cały czas, wiatr większych problemów nie sprawiał… a lody były przepyszne 🙂

Nie mieliśmy ustalonego jakiegoś celu i wybór padł na Drezdenko. Minęło trochę czasu od ostatniej wizyty, więc nadrobimy sobie te wschodnie tereny. Wybraliśmy wariant, aby pojechać wzdłuż Noteci w kierunku Górecka, a potem się zobaczy.

Kiedy zjechaliśmy z polnej drogi „zaatakowało” nas stado przesympatycznych zwierzaków. Gosia bardzo szybko złapała z nimi kontakt, a ja musiałem tylko pilnować, aby któregoś psiaka nie wsadziła do sakwy i zabrała ze sobą.

Mój Ci jest.

Porozmawialiśmy też z przesympatyczną Panią Właścicielką tego haremu. Okazało się, że większość psiaków to suczki i tylko jeden facet.

Waga ciężka.

Moglibyśmy tak stać i bawić się z psami bez końca, ale czas goni i trzeba jechać dalej. Przez wioski zmierzamy w kierunku Trzebicza, aby tam wskoczyć już na znaną nam drogę rowerową.

Chwila na zadumę.

Zapraszam do środka.

W Drezdenku zrobiło się iście zakupowo. Najpierw Orlen, potem po drodze natrafiliśmy na sklep wyprzedażowy. W zasadzie to wiedzieliśmy, że jest i często go mijaliśmy, ale jakoś nigdy szczególnej uwagi nie zwrócił. Tym razem weszliśmy do środka i ciężko było stamtąd wyjść. Okazało się, że są tam całe kosze rzeczy po złotówce i na parę się skusiliśmy, m.in. na odblaskowe naklejki.

Następne miejsce to deptak i tamtejsze lody. Niemal już standard, ale zależnie od jesieni może być już rzadziej odwiedzane.

Po co kupować jedną porcję, jak można od razu dwie.

Znaleźliśmy jeszcze czas na galerię handlową. Nawet już nie pamiętam, co Gosia potrzebowała. Ja robiłem za stróża rowerowego i słuchałem sobie reklam z głośnika, który został umiejscowiony przy wejściu.

Dzikie klimaty Drezdenka.

Liczyłem na jakieś fajne „pieśni”, a puszczane były tylko reklamy.

Poszaleliśmy na mieście i czas wracać do domu. Drogą rowerową zmierzaliśmy w kierunku Rąpinia i była to długa droga, ponieważ u Gosi uruchomił się instynkt grzybiarki.

Patrz, grzybek… ostatni w tym sezonie.

Nie przejechaliśmy zbyt wiele kilometrów, kiedy czekała nas kolejna przerwa. Natrafiliśmy na ozdoby dożynkowe, których przez panującą pandemię jest bardzo mało. Teraz każda taka „wystawa” to skarb.

Gosia znalazła także inne skarby w postaci złotych trunków.

Przez Rąpin dotarliśmy do Gościmia, aby nie wracać asfaltem zdecydowaliśmy się wykorzystać leśne dukty w Puszczy Noteckiej. W zasadzie mieliśmy zmierzać gdzieś w kierunku Murzynowa, ale skończyło się jazdą na południe do Korbielewka.

Leśne ograniczenie prędkości.

Potem już w kierunku Skwierzyny, a będąc tam to nie było opcji, aby nie zatrzymać się na lodach. No przecież po ostatnich porcjach już trochę tych kilometrów zrobiliśmy, więc czemu by nie uzupełnić kalorii 😀

Jedne z najlepszych lodów i masa smaków do wybrania.

Wieczór zbliża się wielkimi krokami.

Zrezygnowaliśmy z powrotu przez most i jazdy w kierunku Santoka na rzecz szlaku rowerowego przez Rakowo do Trzebiszewa. Ostatnie kursy, które tam robiliśmy były od drugiej strony, więc warto także poznać drogę od d… znaczy drugiej strony.

Potem już bez większych udziwnień wróciliśmy do domu. Trochę tych kilometrów wpadło, ale też i kalorii 🙂

Udostępnij:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.