Drugi dzień wyjazdu i pierwszy w pełnym składzie. W nocy niestety popadało i opady przedłużyły się do godzin porannych. Stąd też mieliśmy lekkie opóźnienie i wyjechaliśmy trochę później niż było to planowane. Z racji tego, że nocleg mamy na pełnoprawnej wsi, gdzie prowadzi tylko jedna droga asfaltowa to czekała nas błotna przejażdżka przez las – czarnym szlakiem rowerowym Dziedzictwa, Architektury i Technik.

Kierunek Świdwin jeszcze przy lekkich opadach deszczu. Potem już ponura pogoda całkowicie odpuszcza na rzecz słońca w pełnej krasie. W mieście mały postój w napotkanym sklepie rowerowym, bo pedały w Gosi rowerze nie chcą się uciszyć. Najlepsza naprawa – wymiana na nowe 🙂 . Jakie to proste.

Odwiedziliśmy też Zamek Joannitów w Świdwinie, gdzie mieści się całe zaplecze kulturalne miasta. Liczyliśmy na wejście na basztę, ale Pani z Informacji Turystycznej gdzieś sobie wybyła i pozostała po niej tylko kartka zaraz wracam. Nie mieliśmy nie mieliśmy niestety czasu, bo już sporo go uciekło i musieliśmy zrezygnować 🙁 .

Dziedziniec Zamku Joannitów w Świdwinie.

Wstęp 3 zł – nie udało się tam niestety wejść 🙁

Ruszamy dalej i kolejnym celem na naszej mapie jest Połczyn-Zdrój. Czeka nas trochę kilometrów i to po solidnie pofałdowanym terenie.

Niedojrzałe, bo zielone.

Do Połczyna-Zdrój to w zasadzie rzut beretem.

W miejscowości Rąbino natrafiamy na Drogę Rowerową nr 15, która zaprowadzi nas do samego Połczyna-Zdrój. Początkowo prowadzi po lokalnych drogach przez wioski, ale gdy dojeżdżamy do Drogi Wojewódzkiej nr 152 to pojawia się już dedykowana droga tylko dla rowerów i prowadzi ona już do samego miasta.

Na rogatkach miasta droga odbija w kierunku miejscowości Złocieniec. My jednak najpierw jedziemy do centrum… poszukać lodów 🙂 🙂 🙂

Deptak w Połczynie-Zdrój.

Czasu było bardo mało więc z grubsza zwiedziliśmy miasto. Na pewno chciałbym tu wrócić, bo miejsc do zobaczenia jest dużo, a np. na taki Park Zdrojowy to chyba godzina to za mało. Udało załapać się na lody w lodziarni Gelateria Per Voi. Natrafiliśmy na dwie, które prowadzą całkiem inną politykę. Pierwsza napotkana to mała ilość smaków, ale nakładane w postaci porcji o określonej gramaturze. Druga taka sama lodziarnia to więcej smaków, ale tam nie ma porcji, tylko gałki. Cena ta sama, a różnica w wielkości ogromna. Dziwne to trochę, a zaskoczenie bardzo duże.

Przebiliśmy się przez miasto i wskoczyliśmy ponownie na drogę rowerową oznaczoną numerem 15. Jedziemy na południe z zamiarem odbicia w odpowiednim momencie.

Asfalt, las i spokój. To lubię.

Czego tam szukasz łabędziu?

Niespodziewanie wylądowaliśmy na jakimś zagłębiu koniarskim.

Jest i pokazówka.

No hej.

Musieliśmy w końcu zjechać z dawnego nasypu kolejowego, gdzie powstała droga rowerowa i przez wioski zmierzać w kierunku domu. Z odbiciem nie ma problemu, bo na większych skrzyżowaniach są drogowskazy wskazujące kierunek do najbliższej miejscowości z kilometrażem.

Taka miejscowość ze sympatyczną nazwą.

Koni będzie znacznie więcej, bo wskakujemy na szlak rowerowy o nazwie Łobeskie Stada Koni. Wcześniej wykorzystujemy ten oznaczony na niebiesko – Wzgórza Moreny Czołowej.

1, 2, 3, 4 konie… 5, 6… tam jest tak dużo koni.

Ostatnim punktem na dzisiaj jest zwierzęca miejscowość. Do kolekcji trafiają Łabędzie.

Potem już bez większych kombinacji zmierzamy do Łobza na jakieś zakupy i dalej już w ciemnościach na nasze ranczo.

Mimo porannego opóźnienia i dosyć trudnego, pagórkowatego tereny udało się przejechać zaplanowany dystans i o stosownej porze wrócić do naszego domku. Jutro czekają nas kolejne podjazdy i może trochę zjazdów 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.