Nastał w końcu dzień, aby wybrać się rowerem do Berlina. Postanowiliśmy to rozegrać trochę wyjątkowo. Tak więc najpierw pociągiem do Kostrzyna, ale tym ostatnim. Tak więc na teren zachodnich sąsiadów wjeżdżamy po godzinie 22 i czeka nas nocna jazda, która okazała się bardzo fajna. Na drodze pusto, noc ciepła i nie trzeba było wielce kombinować z nawigacją. Jedynie spowolnił nas deszcz, który rozpadał się gdzieś około północy i przetrzymał nas na przystanku przez jakieś półtorej godziny. Na horyzoncie błyskało, trochę słyszeliśmy grzmoty, ale na całe szczęście burza przeszła gdzieś bokiem. Potem jeszcze trochę popadało, ale najgorsze mieliśmy już za sobą.

Schody zaczęły się dopiero w Buckow, gdzie nie mogliśmy namierzyć międzynarodowego szlaku rowerowego R1. Miasto poznaliśmy od podszewki, bo odwiedziliśmy chyba każdą uliczkę. Piękna miejscowość letniskowa, a w nocy jeszcze bardziej klimatyczna. Coś mi się zdaje, że będzie bardzo często przez nas odwiedzane przy wypadach do Niemiec.

Ku niezadowoleniu Gosi poprowadziłem nas najkrótszą drogą do Strausberga. Zaczęło robić się coraz jaśniej, ale jeszcze za wcześnie było na zmożony ruch samochodowy. Niedługo i tak Niemcy będą musieli wstać, odpalić swoje maszyny i jechać do pracy. Na razie cieszmy się pustymi drogami.


Prawie jak rodzeństwo.


Po deszczu na asfalt powychodziły ślimaki. Wśród nich takie maleńkie okazy.

Trochę pokombinowaliśmy i ostatecznie pojawiła się tablica z napisem Berlin. Jednak czekało nas dotarcie do najciekawszych miejsc w mieście, a kto tam był to wie, jak długo ciągną się przedmieścia i jak bardzo są nudne.


Dotarliśmy do Berlina z uśmiechami na twarzy.


Od razu przywitała nas straż pożarna, która przeciskała się przez skrzyżowanie.


Parking rowerowy. U nas nie do pomyślenia.

Nawigowanie w Berlinie jest cholernie trudne, więc nie dziwi fakt, że trochę się pogubiliśmy. Nie dotarliśmy w miejsca, które chcieliśmy, ale za to zobaczyliśmy trochę południowo-wschodnią część miasta. Na 100% wrócimy jeszcze tutaj i obejrzymy najpopularniejsze zabytki. Na razie jestem pod wrażeniem tego, co zobaczyłem. A zwłaszcza infrastruktury rowerowej i skrzyżowań ze sygnalizacją specjalnie dla rowerów.


Rzeka Sprewa.


Ta sama rzeka, ale widoczne z placu przy restauracji, gdzie delektowaliśmy się lodami i czarnym, niemieckim piwem.

Najwięcej czasu spędziliśmy w dzielnicy Köpenick, bo tak jakoś całkiem przypadkiem pokierowała nas droga. Czas nas niestety gonił, a chcieliśmy zdążyć na pociąg do Kostrzyna, więc trzeba było zabierać się w drogę powrotną. Ponownie musieliśmy przebić się przez miasto, a niestety zaczynała się pora powrotów z pracy.


Tak wspomniana wyżej dzielnica Berlina, a kiedyś samodzielne miasto, wyglądała kiedyś.

Chcieliśmy wracać nieco inną drogą i trochę się pogubiliśmy. Wszystko przez te zakazy wjazdów dla rowerów. Musieliśmy kombinować z jazdą przez wioski, ale dzięki temu dorzuciliśmy też kilometrów.


Bardzo ciekawie ozdobiony sklep rowerowy w Altlandsbergu.


Tych samochodów nie trzeba chyba nikomu przedstawiać.

Berlin został liźnięty, poznaliśmy nowe tereny w Niemczech i w niedalekiej przyszłości ponownie wrócimy do stolicy sąsiadów zza Odry. Na razie w głowie pozostaje to, co zdążyliśmy przez tą dobę zobaczyć. Spędziliśmy 24 godziny w Niemczech z większymi, czy też mniejszymi problemami. Ważne, że ostatecznie sobie poradziliśmy i bardzo się z tego cieszę. Do zobaczenia ponownie Berlinie… wkrótce 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.