Pierwsze w tym roku ściganie, jeżeli nie licząc gonienia za Gosią, gdy jej się uruchomi instynkt rywalizacji. W ostatniej chwili zapisałem się na ultramaraton szosowy, ale w skromniejszej formie. Chciałbym się zmierzyć na dystansie przekraczającym 200 km. Co z tego wyjdzie? Wielka niewiadoma. Tak… dla mnie jest to ultra, bo nawet głęboko w głowie nie myślałem o takim dystansie.

Zawody odbywają się w Niesulicach, nad Jeziorem Niesłysz. To jakieś 12 km od Świebodzina. Do samej miejscowości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata mam 80 kilometrów z hakiem. W ruch poszła wyższa matematyka i obliczyłem, że zdążę po pracy tam dojechać, nieco odpocząć, a rano przystąpić do rywalizacji.

Biuro zawodów znajdowało się w Ośrodku Wczasowym Tam Gdzie Zawsze, zwanym też w przeszłości Irena i czynne było do godziny 20. O 19 zaplanowano wspólną kolację i odprawę techniczną. Można było także za dodatkową opłatą wykupić sobie nocleg. Z tej opcji skorzystałem.

Tak to jest. Znać dobrze okolice, a władować się w piach rowerem szosowym. Mistrzostwo.

Największym problemem dojazdu była pogoda. Zapowiadali opady deszczu i gdy opuszczałem Gorzów to gdzieś tam na horyzoncie kłębiły się bardzo ciemne chmury. Na szczęście nie spadła ani jedna kropla. Już na miejscu miałem okazję rozmawiać z innymi uczestnikami to mówili że padało, ale po godzinie 14. Czyli mniej więcej wtedy, kiedy ja dopiero co wyjeżdżałem. U nas co prawda też trochę postraszyło deszczem, ale na szczęście przed południem.

Dokuczał trochę południowy wiatr, ale Świebodzin pojawił się bardzo szybko.

Przydatne rzeczy wysłałem sobie do Paczkomatu, bo nie widzę sensu tachać tak ciężkiego plecaka ze sobą. W sumie musiałem odczuć jego ciężar na plecach, bo najbliższy Paczkomat znajdował się w Świebodzinie i te 12 kilometrów trzeba było jakoś to wszystko przetransportować… na sobie.

Jest i moja paczucha. Teraz ja przejmuję rolę kuriera.

Eeee… jak tutaj z dwóch plecaków zrobić jeden? 😀

Musiałem świetnie wyglądać z dwoma plecakami, przeładowanymi do oporu. Na miejscu nikogo to zbytnio nie zdziwiło, bo niejedna osoba tak kombinowała. Przywitałem się z organizatorami i na start dostałem pamiątkowy kubek i numer startowy. Ponadto kartę kontrolną i naklejkę pod sztycę z numerem startowym.

Zawsze mam deficyt kubków, bo jakoś one znikają mi w podróży (Gosia świadkiem).

Potem udałem się do swojego pokoju. Zostałem dokoptowany do Kuby, który startował na dystansie 501 km. Miałem okazję trochę się dowiedzieć na temat prawdziwego ultramaratonu.

Tam gdzieś u góry mam pokój.

Nasz pokój z piętrowym łóżkiem 🙂

Nie było opcji, aby rowery nie zamieszkały z nami.

Szybki prysznic i schodzimy na kolację i odprawę techniczną.

Kolacja w postaci zupy. Nie mam pojęcia, jakiej?! Ważne, że była bardzo dobra.

Sam ośrodek bardzo duży, a jezioro nastawione jest wyłącznie na żaglówki. PRL czuć tu z daleka i mimo, że Pani Właścicielka jest przesympatyczną osobą to za takie warunki jest bardzo drogo. Jedyny plus to taki, że na start blisko, bo wystarczy zejść po schodach. Pokój bardzo ciasny i dobrze, że była nas tylko dwójka i tutaj panująca pandemia trochę pomogła, bo właśnie przez nią uszczuplone zostały składy w pokojach.

Wieczór przyszedł bardzo szybko i po godzinie 22 znajdowaliśmy się już w łóżku. Pobudka gdzieś po 6, aby spokojnie się przygotować do startu. W międzyczasie rozmowy z Gosią, bo niestety z powodu natłoku w pracy nie mogła tutaj ze mną być. Jednak liczę na jej wsparcie wirtualne, bo będzie mogła śledzić mnie jutro w postaci punktu na mapie… punktu miejmy nadzieję poruszającego się dość szybko 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.