Co roku odbywa się ultramaraton Piękny Zachód. Dystanse są porażające, bo zawodnicy pokonują 501, 1001 i 2001 km! Same liczby robią wrażenie, ale dla przyziemnych ludzi jest coś skromniejszego – Mały Piękny Zachód.

Dwa lata temu miałem okazję zawitać na tej imprezie, ale przy okazji organizacji zawodów MTB – Mały Piękny Zachód. Było wtedy też ściganie szosowe na dystansie około 100 km, ale wtedy jeszcze nie czułem się na tyle pewnie na asfalcie. Bardziej wolałem las i bezdroża. Teraz jednak dorosłem do tego, aby zmierzyć się z większym wyzwaniem… pokonaniu bariery 200 km w tempie wyścigowym.

Właśnie taki skromniejszy dystans przygotowano w tym roku. Idea była taka, aby osoby mojego pokroju mogły trochę liznąć ścigania w systemie ultramaratonów. Mieliśmy trzy punkty kontrolne z pożywieniem, gdzie musieliśmy także podbić kartę i wpisać się na listę. Trasa wynosiło 223 km. Chociaż w nazwie widniało 201.

Miała być namiastka długich dystansów to niech i takie będą punkty kontrolne.

Z racji panującej pandemii trochę zasady zostały zmienione. Podzielono nas na czteroosobowe grupy, a dystanse 1001 i 2001 km przełożono na wrzesień. Tak więc byliśmy my i zawodnicy z dłuższego dystansu 547 km (z nazwy 501).

Długodystansowcy startowali od godziny 8… pojedynczo.

Mój dystans na trasę wyruszał godzinę później, a moja grupa miała wystartować o 9:15… chociaż trudno to nazwać grupą.

Otrzymałem numer startowy 16.

Pierwsi zawodnicy ruszają na trasę.

Nie mam szczęścia do grup i nie inaczej było tym razem. Jedna osoba się spóźniła i na starcie stanęła nas trójka. Ruszyliśmy i szybko się okazało, że zostałem sam. Tak sobie jechałem swoim tempem i w okolicach Kaławy dogoniła mnie grupa startująca za mną, a w niej była jedna osoba z mojej grupy. Okazało się, że kolega czekał na kolegę, bo trafili do dwóch różnych grup. Uformowała się z nas skromna grupka i dzięki współpracy w bardzo dobrym tempie dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego.

Co się robi na takich punktach kontrolnych?
Karta dla Pana Kierownika, aby przybił pieczątkę, szybki podpis na liście obecności, toaleta, opędzlowanie trzech kawałków arbuza, uzupełnienie wody w bidonach, banany do kieszonki i ciasto w łapkę. To wszystko w trybie przyspieszonym.

W czwórkę ruszamy dalej i za Pszczewem, gdzie znajdował się PK1 zaczął się teren ostro pofałdowany. Tam już było, co robić. W zasadzie na próżno było szukać jakiś dłuższych, spokojniejszych odcinków.

Tutaj byłyby jakieś zdjęcia, gdybym miał Prywatnego Fotografa na trasie.

Niestety nasza teamowa dwójka odłącza się od nas z powodu skurczy jednego z nich. Postanawiają jechać swoim tempem, a ja zostaję z Kubą i w zasadzie już tak jedziemy razem do mety.

Pierwsza część trasy do PK2 w Chrzypsku Wielkim była całkiem spoko, bo mieliśmy sprzyjający wiatr. Współpraca z Kubą układała się bardzo fajnie i nawet na postoju załapaliśmy się na szybką zupę. Reszta dokładnie według procedur z PK1…. aaa …
w międzyczasie trzeba było odpisać na SMS-y od Gosi, która miała okazję oglądać mnie w postaci punktu na mapie. Organizatorzy wyposażyli nas w czujniki GPS i za pomocą linku do strony internetowej można było obserwować każdego z zawodników. Gosia, żeby nie było, to skupiała się przede wszystkim na mnie 😉

Potem zaczęła się trochę walka z wiatrem i po zrobieniu większego kółka wracamy na część trasy z pierwszej części wyścigu. Szybko schodzące bidony, arbuzy powodują nadmiar płynów, a czasu na zatrzymywanie się nie mamy zamiaru tracić. Trochę rozbolał mnie brzuch, ale do następnego punktu kontrolnego nie było już tak daleko… z każdym kilometrem na pewno mniej 😀 . Tam właśnie dogoniliśmy grupę, która startowała przed nami. My uruchomiliśmy procedury i niemal razem wyruszyliśmy na trasę. Toaleta była po prostu zbawieniem 😀 .

Z początku we dwójkę polecieliśmy do przodu, ale trójka Grupowiczów dogoniła nas po chwili i tak w piątkę przy silnej współpracy zmierzaliśmy w kierunku Międzyrzecza. Tam doszło do lekkiego rozpadu bo trochę rozdzieliliśmy się na dwie ulice, ale szybko ponownie związaliśmy szyki. Czekała nas bardzo długa prosta do Świebodzina i to z kilkoma pagórkami. Pierwszy poważniejszy to wiadukt przed Nietoperkiem, gdzie mocno szarpnąłem, Kuba dorzucił swoje i tyle widzieliśmy Grupowiczów.

Mocne tempo i oczami wypatrywałem już tablicy Świebodzin. Przelot przez miasto, w ostatniej chwili zdążyliśmy przelecieć przez przejazd kolejowy. Chyba jeden, jedyny z czynnych na trasie i jakby przed nami się zamknął to już byłby totalny pech.

Ostatnie górki i wracamy do Niesulic. Na ostatnim punkcie kontrolnym, gdy wyjeżdżaliśmy to akurat przyjeżdżali zawodnicy za nami i już wtedy wiedziałem, że mają lepsze tempo od nas. Nie miałem pojęcia, jak inni zawodnicy, którzy startowali nieco później.

Tak wyglądała ostatnia prosta i jednocześnie pierwsze metry wyścigu.

Na mecie gratulacje, pamiątkowy medal i certyfikat ukończenia wyścigu.

Tak wyglądała karta kontrolna.

Telefon do Gosi i dowiaduję się, że obecnie jestem sklasyfikowany na 4 miejscu, ale tak jak myślałem, dwie osoby startujące po mnie jechały jednak szybciej, co spowodowało, że całe ściganie ukończyłem na 6 miejscu. Jak dla mnie wynik świetny. Na szosie nie czuję się tak dobrze, jak w MTB, a udało się przejechać 233 km i to w bardzo dobrym tempie. Na dodatek w terenie, gdzie nie było możliwości, aby się chociaż przez chwilę nudzić. Łącznie na starcie stanęło 38 osób.

Bardzo dziękuję Gosi za wirtualną obecność ze mną na trasie, słowa wsparcia i SMS-y, a także Agnieszce, która niespodziewanie także kibicowała, za miłe słowa i wsparcie. Takie kibicki to skarb.
Wielkie dzięki także dla Kuby, który na trasie zasuwał ostro i wykonał bardzo dużą pracę, która zaowocowała takim wynikiem. 5 i 6 miejsce naszej dwójki… rewelacja 🙂 🙂 🙂

Udostępnij:

Komentarze

  1. Dwa razy w życiu zrobiłem dwie stówy, ale to z jakieś 20 kg temu i 10 km/h wolniej 🙂
    Ty to zawsze byłes szczupły i miałeś predyspozycje do szosy, dlatego nie dziwią mnie Twoje wyniki, Brawo 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.