Jakiś czas temu natrafiłem w necie na informację, że w pobliskiej miejscowości znajduje się ulica Bieruta. Nie wiedząc czemu coś mi skojarzyło się z Kołczynem. Już dawno wieś objechałem w całości i tyle było wspomnianego Bieruta. Wczoraj temat powrócił, bo chciałem na mapie sprawdzić jedną drogę przez las i okazało się, że taka ulica znajduje się, ale w Rudnicy. Nie mogłem więc odpuścić.

Gosia także lubi takie ciekawostki (albo dobrze to udaje), więc spotkanie w mieście przy jednym z dyskontów i kierunek Rudnica (przez Gminę Deszczno). Ruch dość mały, więc jechało się nadzwyczaj przyjemnie. Z racji tego że dzisiaj niedziela, to trzeba było przystanąć przy ciekawej kapliczce w Gliniku. Warto wspomnieć, że przez całą podróż towarzyszył mi Czekoladowy Mikołajek, taki ukłon w stronę wczorajszego święta, kiedy to była przerwa od rowerowania.


Miejsce na przemyślenia i to nie tylko te niedzielne.

Kolejna atrakcja to dywan na drodze w Kiełpinie. Mniej więcej lokalizację kojarzyłem, ale kompletnie zgłupiałem, gdy dotarliśmy do miejscowości. Błąkanie i pani sołtys poinformowała nas, że dywan zniknął, bo nie musiał już zakrywać dziur w drodze. Nowy asfalt, a wiadomo, coś za coś. Trudno 🙁


Dywanu brak, ale humor poprawił nadpobudzony kot.

Czarny szlak rowerowy zaprowadził nas do Rudnicy. Jeden z najważniejszych punktów dzisiejszej wycieczki. Trochę miałem problemy z ogarnięciem numeracji, ale od czego jest kobiece myślenie. Szybko budynki rozdzielone, podzielone i odnajdujemy ciekawie oznaczony dom numer 13.


Zaczajona fotoreporterka.


Jedyna ulica w Polsce nosząca nazwisko Bolesława Bieruta.


Ta ulica naprawdę istnieje!

Przy okazji uświadomiłem sobie, że Rudnicę odwiedzałem zawsze z jednej strony (jakkolwiek to brzmi). Tak więc jak tam wpadłem to trochę zgłupiałem. Szybka korekta trasy i kierunek Lubniewice.


Mikołajek dorwał grzyby. Sam je wypatrzył i nie wierzcie w to co ludzie mówią, czy piszą!

Lubniewice to głównie Park Miłości. Trzeba było tam zawitać, ale mam pewność, że Gosia już tam bywała. Pełno kłódek z inicjałami
G. Trochę się ponabijaliśmy i tyle.


G+T… hmm?

Jezioro Lubiąż o tej porze kompletnie puste. Prym przejmują kaczki, które aż podpływają do brzegu, aby dostać jakiś pokarm. Nie można przejść obojętnie, więc sklep, bochenek chleba i radość na całego.


Na kaczki nie szkoda gotówki.


Tyle radości.


Takiej widowni to nikt nie ma.


Walka o jedzenie.

Posiedzieliśmy też na pomoście przy plaży miejskiej. Sam się sobie dziwię, ale zabrałem termos z herbatą z proporcjami na ślepo (znaczy zabrałem… dostarczyłem do sakw koleżanki… ta wersja będzie najodpowiedniejsza). Była dobra, czy nie dobra, na pewno jednakowa już nie powstanie. Spodziewałem się zimniejszego dnia, a było ciepło.


Mikołajek w Lubniewicach.


Rozgrzani, więc czas wracać.

Powrót przez Jarnatów i tam wskakujemy w las na czerwony szlak rowerowy. Przy okazji zahaczamy o Jezioro Miechowskie. Przy brzegu lód, gruby lód, który wcale nie był gruby 😀


Częściowo zamarznięte jezioro.


Żeby się nie zgubić?

Ponownie dotarliśmy do Rudnicy i przez ulicę Bieruta (przy każdej okazji będę o tym wspominał) wróciliśmy do Kiełpina i w kierunku Deszczna. Potem Gorzów Wielkopolski i postój na Starym Rynku. Tam Mikołajek musiał z bliska zobaczyć choinkę. Niestety nastały już ciemności, więc zdjęcia wyszły marne. Pozostanie to jedynie w mojej i jego głowie. Kawałek dalej pożegnaliśmy się z Gosiakiem i do domu na odgrzewany obiad.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.