Nie pamiętam kiedy ostatni razy byłem na Hubertówce, a tym bardziej, kiedy z pełni korzystałem z uroków tego miejsca. Musiało to być bardzo dawno, ale na szczęście pojawiła się szansa, aby to nieco nadrobić. Dzisiejsza przejażdżka to wycieczka z nowymi adeptami rowerowych przygód: Agnieszką i Stanisławem.

Ustalenie trasy padło na mnie, bo Gosia ze swoją orientacją w terenie to mogłaby nas zaprowadzić w całkiem przeciwnym kierunku… no cóż 😀. Wybrałem najmniejsze zło i myślę, że całkiem fajne tereny, aby głowa latała na boki. Kierunek Wojcieszyce i potem już leśnymi duktami i szutrami śmigamy w kierunku Lip.

„Widzicie, tutaj jesteśmy, a za chwilę będziemy tam o.”

Po drodze mijamy kilka jezior, ale nigdy nie pamiętam, które jest które. Nawet nie staram się, aby to sobie w głowie utrwalać. Wiem, że tam są, wiem że raczej tam będą i to mi wystarcza. Wykorzystuję je jako punkty orientacyjne.

Żeby trochę przyszpanować, to akurat jest Jezioro Lubieszewko 😉

A tutaj woda przepływa na drugą stronę. Tyle z zakresu hydrologii.

Teraz czeka nas głównie asfalt z jednym, dłuższym podjazdem, gdzie nasz skromny peleton nieco się rozciąga.

Do Hubertówki mamy już niedaleko i w zasadzie jazda poszła nam bardzo sprawnie. Na tyle sprawnie, że mało kto był przygotowany na ognisko. Gonił nas czas, bo do 16 musieliśmy wrócić do domu i z wczorajszych nieco ułomnych obliczeń wyszło, że na pieczenie kiełbasek nie będzie zbytnio czasu. Mieliśmy z tego zrezygnować, było wahanie i ostatecznie pożywieniem ratował nas Stanisław 🙂

Prywatny parking.

Rozpalone, można wrzucać na ruszt.

Trzy sztuki kiełbasek okazały się kiełbachami z których można by było wyżywić cały peleton. Bez problemu udało się rozpalić, bo w pobliżu na szczęście można było znaleźć suche drewno. Trzeba będzie w przyszłości nieco bardziej się w temacie ogniskowym ogarnąć i ponownie się tam wybrać. O wiele bardziej przygotowanym.

Niektórym pieczenie kiełbasek sprawia radość, niektórych po prostu nuży.

Nasz Wybawca. Jedyny przygotowany na ognisko.

Powrót już niestety pod wiatr, ale na szczęście już asfaltem i przy wsparciu licznych drzew. Krótko mówiąc droga z Łośna do Kłodawy, która zazwyczaj nas ratuje przy wietrznej aurze. Na szczęście nie było aż tak źle. Z inicjatywy Gosi zaprezentowaliśmy jeszcze w praktyce trasę wzdłuż Jeziora Kłodawskiego. W Gorzowie już niestety się rozpadało. Każdy szczęśliwie wrócił do domu. Polecam… polecamy się z Gosią na przyszłość. Jest jeszcze wiele miejsc do pokazania.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.