Nastała zima, ale na szczęście w warunkach atmosferycznych na próżno jej szukać. Im mniej śniegu, tym lepiej dla mnie, bo już dawno minął okres, kiedy to z białości za oknem się cieszyłem.

Postanowiliśmy z Gosią wybrać się do Krzyża Wielkopolskiego, aby tam spotkać się z naszymi znajomymi. Pogoda bardzo mglista, ale jak na grudzień to temperatura dodatnia. Jedynym problemem są parujące okulary, ale jakoś musimy sobie z tym radzić. Ładujemy się do szynobusu, aby po godzinie 8 zameldować się na dworcu już na miejscu spotkania. Parę minut później pojawia się Leszek, a Marek już gdzieś tam krąży po centrum miasta wypatrując nas.

W stosunku 3:1 (trzech facetów, jedna dziewczyna) wyruszamy na zaplanowaną trasę. Leszek jest jej pomysłodawcą, Marek koordynatorem, a ja w miarę potrzeby nawigującym. Dla bezpieczeństwa, Gosia ze swoją orientacją w terenie została odstawiona na bok 😉 Niech się skupi na korzystaniu z rowerowego dnia, a planowanie, nawigowanie, itp. zostawi mężczyznom.

Leszek się postarał i trasa była bardzo fajnie poprowadzona.

Mijaliśmy sporo jezior, ale przez mgłę część w ogóle była niezauważalna. Mieliśmy jednak w swojej grupie Marka, który te tereny zna bardzo dobrze, więc pokazywał nam, gdzie akurat jest jakieś jezioro i musieliśmy włączyć swoją wyobraźnię, aby je tam zobaczyć.

Komórkowy zawrót głowy.

Każdy w swoim żywiole.

Szutrami, lasami, poboczami, błotami zmierzamy w kierunku Dobiegniewa. Marek stara nam się pokazać jakieś fajne miejsca i tak lądujemy w Nowym Młynie, gdzie znajduje się… tutaj niespodzianka… młyn 🙂

Dobiegniew i jedno z nielicznych jezior, które mogliśmy zobaczyć.

Trochę dłuższy przystanek. Nie znam osoby, która nie lubi kaczek, a tutaj mieliśmy ich sporo. Tak więc komórki, aparaty poszły w ruch i nawet mgła nie stała się problemem.

Kaczki, wszędzie kaczki.

O, tutaj są dwie.

Tam też są kaczki.

Jezioro Wielgie mimo, że jest dosyć sporawe, to my mogliśmy zobaczyć tylko jego skrawek. Kaczki… było ich sporo, ale niestety ktoś je wystraszył. Dobiegniew w zasadzie ominęliśmy trochę bokiem, bo nie było sensu przebijać się przez centrum. Bardziej ciągnęło nas do lasu.

Pewnych rzeczy nie da się opisać…

… po prostu się nie da.

Nieopodal krzaczka…

Przelatując przez Osiek na chwilę zatrzymaliśmy się przy ruinach pałacu, których pochodzi z pierwszej połowy XIX wieku.

Chwilę później pojawia się Chomętowo i drogowskaz prowadzony do spalonego mostu, który już spalony nie jest. Teraz to Most Pojednania. Znajduje się tam wieża widokowa z której można zobaczyć wielkość Jeziora Osiek. My oczywiście z racji mgły nie jesteśmy w stanie zbyt dużo zobaczyć, ale miejsce bardzo ciekawe. Na pewno warte odwiedzenia.

Tyle widoków. Potem lądujemy w lesie, dosyć pagórkowatym lesie. Jak to ujął Leszek „trasa wzdłuż jezior”, które ciągle widzieliśmy głównie swoją wyobraźnią.

Ku zaskoczeniu wszystkich nagle w środku lasu pojawia się domek. Okazuje się, że jest to Domek Pod Lipą, który należy do Koła Łowieckiego Knieja.

Bardzo fajne miejsca w środku lasu, cisza, spokój. Myśliwi mają świetne miejsce na… regenerację.

Nas czekał zjazd ze wzgórz, gdzie zrobiliśmy trochę przewyższeń i nawet nie zdążyliśmy wytrzeć zaparowanych okularów, a znajdowaliśmy się na asfalcie prowadzącym do Drezdenka. Wybraliśmy wariant aby wałem przedostać się w kierunku Trzebicza. Tam czekało nas kilka ciekawych, świątecznych akcentów.

Rozkmina, czy to koń, czy już renifer?

Tak… no… tego… ehhh… WESOŁYCH!

Zagadka bez nagród:

Znajdź 10 różnić.

Święta, świętami i akcenty z tym związane zostawiamy w Trzebiczu. Ruszamy dalej i po jakimś czasie meldujemy się w Rąpinie. Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Ja z Gosią ruszamy w kierunku Gościmia i dalej na Gorzów, a Leszek z Markiem w przeciwnym kierunku. Wszyscy są zaskoczeni, że mimo dosyć trudnego terenu poszło nam bardzo sprawnie. W planach był powrót wieczornymm pociągiem, a że zostało sporo czasu to dorzucimy trochę kilometrów wracając do domu, jak na rowerzystów przystało.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.