Pogoda trochę słaba, ale nie wpłynęła jakoś znacząco na naszą decyzję o spędzeniu dnia na rowerze. Gosia akurat była po nocce w pracy, ale kawa zamiast bidonu postawi ją szybko na nogi. W sumie była bardzo pozytywnie nastawiona, bo padający deszcz jakoś ją nie zniechęcił. Wystarczyło by jakieś lekkie jej zawahanie, a pewnie bym przytaknął, że nie ma sensu, itd. A tutaj całkiem odwrotnie no i trzeba było się jakoś zebrać w sobie.

Postanowiliśmy wybrać się w okolice Krzyża, ale droga jest już oklepana, więc skorzystaliśmy z szynobusu. Nasze myślenie jest jakby… hmm… wyjątkowe i gdy na dworze sobie mży, jest trochę zimno to my decydujemy się na przejażdżkę po Drawieńskim Parku Narodowym 🙂

Pierwszym celem było wyłapanie kesza. Miejsce zwane
Zacisze, gdzie wytyczona została ścieżka historyczno-dydaktyczna. Kiedyś Hans Paasche miał w tym miejscu cały swój majątek. Teraz można znaleźć liczne zgliszcza, ruiny. Nawet znajduje się tam najgrubszy klon jawor, który posiada 6 metrów w obwodzie. W zeszłym roku miałem okazję przelotem poznać to miejsce, tym razem mogliśmy zatrzymać się na nieco dłużej.


Jak bardziej zaangażuje się w szukanie keszów to niedługo dobijemy do granicy 100 znalezionych.


W środku wylądował brelok, a w zamian wzięliśmy naklejkę, która bardzo szybko przyklejona została na sakwę.


Trochę informacji o tym miejscu.


Ostatnie spojrzenie. To tylko mały kawałek. Warto tam zajrzeć, bo miejsce ładne.

W całym tym lesie trochę moja nawigacja poszalała. Nie mogliśmy wrócić na odpowiedni szlak. Gdy tak skakałem ze ścieżki na ścieżkę, Gosia spokojnie czekała. Ostatecznie cofnęliśmy się do asfaltowego odcinka i ruszyliśmy dalej przed siebie. Postanowiliśmy odnaleźć wioskę Jelenie. Pech chciał, że mieścina jest na tyle mała, że nawet nie jest uwzględniona na mojej mapie. W zasadzie to jest, ale jak się okazało to nawigacja wskazywała inną miejscowość. Coś mi nie grało z kilometrami i jak się potem okazało, kierowała nas całkiem gdzieś indziej. To dzisiaj nie wiem, gdzie. W porę jednak to skorygowaliśmy. Przydały się jednak mapy papierowe.


Mostek…


… który jak się okazało prowadził do pomnika ku pamięci ofiar I wojny światowej.


Drawa bardzo spokojna, spokojniejsza niż pogoda.


Nasz główny cel dzisiejszego dnia.

Ostatecznie do samych Jeleni nie dotarliśmy. Pokręciliśmy się po Drawieńskim Parku Krajobrazowym i mimo licznego błota uśmiech z twarzy nam nie schodził. Zgodnie postanowiliśmy, że do Gorzowa też wrócimy pociągiem, więc spokojnie mogliśmy przemierzać kolejne ścieżki. Gdzieś tam jeszcze była nadzieja na odnalezienie Jeleni i jak się potem w domu na spokojnie okazało, przestrzeliliśmy je nieznacznie.


Jelenie zostaną na inny czas, bo jak się ma takie drogowskazy po drodze, to nie wiadomo, gdzie jechać.

Zamiast Jeleni były Sówki i to będzie można obejrzeć u Gosi, bo mi przez przemoknięte rękawiczki było zimno w ręce i nawet nie myślałem o tym, aby je ściągnąć ;p W zasadzie to Jelenie były, ale te prawdzie. Najpierw spotkaliśmy parę jeleni, a kilkanaście kilometrów dalej, drogę przecięło nam całe stado. Tak tylko staliśmy, wpatrywaliśmy się i liczyliśmy. Przebiegło, a może raczej przeskoczyło nam przez drogę 16 okazów! Rewelacja 🙂

Do Krzyża wróciliśmy tą samą drogą i spokojnie w ciepełku stacji poczekaliśmy na pociąg. W szynobusie mieliśmy zabawnych współpasażerów, gdzie jeden z nich w każdym widział bratnią duszę do rozmowy. Do tego jeszcze siedzenie naprzeciwko wejścia do toalety, które mogły pochwalić się drzwiami automatycznymi, które zamykały się wolniej, niż otwierał parawan w Randce w ciemno. Niektórzy przeżyli pewnie zażenowanie z tego faktu ;p Powrót przynajmniej nie był nudny.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.