Czas na poważniejszą jazdę po Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej. Samym problemem był wyjazd z Ojcowa i to nie ze względu na nieznajomość terenu, czy położenie w dolinie, ale ilość atrakcji do zaoferowania. Co chwilę się zatrzymywaliśmy, bo jednak gdy wpadliśmy tutaj wczoraj już w ciemnościach to wiele rzeczy po prostu umknęło.

Willa „Pod Koroną” z 1910 roku.

Jedyna, skromna jaskinia gdzie nie trzeba było kupować wejściówek.

Brama Krakowska i dopiero po fakcie dowiedziałem się, że za nią znajduje się Źródełko Miłości… tyle stracić 🙁

Ojców jest przepiękny. Mnóstwo skał, które o tej porze są solidnie zalesione. Nie wszystko widać od razu, ale tworzy się dzięki temu bajeczny klimat. Od razu odrzuciliśmy wszystkie płatne atrakcje, więc drogowskazy do Jaskini Ciemnej, Jaskini Łokietka i Ruin Zamku poszły w odstawkę. My kierowaliśmy się czarnym szlakiem rowerowym, który serpentynami wyprowadził nas z Ojcowskiego Parku Narodowego.

Ojcowski Park Narodowy – Witamy… my żegnamy. Wrócimy tutaj wieczorem.

Już kawałek dalej natrafiamy na pierwsze problemy. Do nawigacji wgrałem ślad naszej trasy, która nie pokrywała się z tym, co było w rzeczywistości. Jakby było tego mało to tablica z mapą, która znajdowała się przy drodze pokazywała dokładnie to samo. My natrafiliśmy na parking i trochę poprzesuwanych obiektów i pole… pola. Gdzieś tam powinien znajdować się nasz szlak rowerowy.

Rozczarowanie Gosi… nie ma szlaku. Jak żyć?

Korygujemy trochę trasę, co wiąże się z krótką jazdą po krajówce. Potem wracamy na poszukiwany szlak i nie mam pojęcia, jak on w ogóle przebiegał.

Po drodze zatrzymujemy się przy jaskini. Trzeba się trochę wdrapać, ale było warto. Dosyć duża i nawet udało nam się przestraszyć nietoperze 🙂 Nie wiem, czy posiada jakąś nazwę, ale widać, że nie raz było odwiedzana. Nawet wykorzystywana jest do wspinaczki.

Napotkana jaskinia. Nawet nie wiem, czy posiada jakąś nazwę.

Coś tam w środku widać.

No chodź… nietoperze śpią… chyba

Hop do dziury.

Nacieszyliśmy się otworami skalnymi i po paru kilometrach wpadamy do Rezerwatu Doliny Kluczowody. Wyzwaniem było pokonywanie rzeczki, bo albo nie było żadnej przeprawy, albo były to luźne gałęzie. W najlepszym przypadku mostek, taki trochę zza wysokim progiem, jak na rower.

Będzie pamiątkowe zdjęcie.

Taka ciekawostka.

Zalesione tereny pozostawiamy trochę za sobą i teraz pora na trochę wzgórz. Bajeczne widoki, ale i solidna wspinaczka. Zwłaszcza, że szlak rowerowy wcale nie oznaczał asfaltowej nawierzchni.

Nawet nie wiem, jak skomentować takie oznaczanie szlaków.

W pobliżu winnicy.

Punkt widokowy.

Wdrapaliśmy się solidnie w górę, aby szybko zjechać w dół. Czekała nas dolina i ostrzeżenie przed trudnym szlakiem rowerowym. Ostre zjazdy, korzenie, kamienie i wizja spadania w przepaść. Tak pokrótce można przedstawić atrakcje wąwozu.

Czyż tu nie jest pięknie?

Wymagający szlak rowerowy.

Czekało nas także kilka przepraw przez rzekę i to bez żadnych mostów. Na jednym z takich przejazdów przekombinowałem i skończyło się to kąpielą błotną… takie moje spa. Mina Gosi była bezcenna.

Rzeka Będkówka.

Najtrudniejszy, ale zarazem i najpiękniejsze teren zostawiamy za sobą. Pogoda świetna, bo towarzyszy nam słońce i temperatura grubo przekracza 20 stopni Celsjusza. Kąpiel błotna przy takiej aurze nie sprawia żadnego problemu. Błoto zaschnie i samo odpadnie. My dzielnie jedziemy dalej w nieznane.

Skała z figurką Matki Boskiej.

Po drodze napotykamy na Brandysówkę. Takie miejsce noclegu, z jedzeniem… i te sprawy. Jak my to i lody, ale także i coś słodkiego z ogórka na dokładkę. Była okazja przetestować miejscowy podpiwek. Taki wybitny obiad 🙂

Bananowiec – taka moja zachcianka.

Po posiłku nie przejechaliśmy zbyt wiele kilometrów, gdy aparaty idą po raz kolejny w ruch. Napotykamy na Wodospad Szum. Akurat turyści jakoś się po rozchodzili, więc śliskie kamienie i woda były tylko dla nas.

Postój mieliśmy troszkę dłuższy, a sam wodospad znajduje się w zacienionym lesie. Zrobiło się troszkę zimno, więc musiałem Gosię poganiać. Ona to by pstrykała zdjęcie za zdjęciem i tak przy zastał nas zmrok.

Potem czekała nas błotna przeprawa, trochę wspinaczki i kolejne problemy ze zgubionym szlakiem.

Ta skała z krzyżem na szycie nazywa się Brodło.

Zabytkowy, drewniany kościół Racławicach, który powstał w 1511 roku.

Niebieski szlak rowerowy, którym mamy się kierować nagle znika. Czekała nas alternatywna jazda przez paskudne pola i to solidnie pod górę. Nachylenie przekraczało 15%!

Bunkrów nie ma, ale i tak jest zaje…

W końcu wydostajemy się z tego grajdoła. Trochę zmęczeni, ale odnajdujemy prawidłową drogę.

Ojców kojarzył mi się wyłącznie z Maczugą Herkulesa, więc musiałem ją zobaczyć. Akurat przebiega tamtędy szlak rowerowy. Głaz pojawia się szybko, widzę go pierwszy raz i od razu moje skojarzenie jest jedno – penis. Nie wiem, kto wymyślił taką chwytliwą nazwę, ale dla mnie to ta skała wygląda jak męskie przyrodzenie.

Oczywiście musiałem się wdrapać na górę, aby zobaczyć to cudo z bliska. Kamienie solidnie wyślizgane, więc trzeba było uważać. Nieopodal znajduje się Zamek Pieskowa Skała, gdzie nagrywano m.in. Janosika. Nie mieliśmy chęci tam zaglądać, bo wystarczyło spojrzenie na parking z autokarami. Kierowaliśmy się szlakiem rowerowym, który właśnie nas miał oprowadzić dookoła Pieskowej Skały.

Gdy ja zabawiałem się na górze, Gosia cierpliwie czekała…

… bardzo cierpliwie.

Szlak prowadzi bardzo ładnymi, pagórkowatymi terenami. Góra – dół – góra – dół. W tle malownicza roślinność i pracujący ludzie na polach.

Pora wykopków.

Nawigacja niestety się zawiesza i wskazuje mi, że za 800 metrów powinniśmy skręcić. Te 800 metrów trwa parę kilometrów. Nie chcemy zrezygnować z pokonania całości niebieskiego szlaku i zawracamy. Było warto, bo trafiamy do zagłębia malin… przepysznych malin.

Jedno wezmę to nie zaszkodzi.

Spotykamy także dwie panie, które opowiadają o malinach. Są dosyć sporawe i ta odmiana nazywa się Polesie. Pełno ich tutaj w okolicy i nawet dostaliśmy zgodę, że możemy nazbierać owoców do woli. Nie ma czasu, ani chęci ich zbierać, a my bardzo chętnie. Może za dzień, dwa tutaj wrócimy… z wiadrami… jak to powiedziała Pani 🙂

Wieczór zbliża się nieubłaganie i akurat kończy się zaplanowana trasa. Zostały ostanie kilometry. Trafiamy na kartoflisko, ale dzielnie je pokonujemy. Przy okazji mijamy Skałę Zachwytu w Dolinie Zachwytu pokonując Szlak Zachwytu. Nie mieliśmy jednak okazji zobaczyć ten zachwyt z bliska. My tylko przejazdem.

To jest przypadkowa skała, ale także można się zachwycić.

Na zakończenie dnia czeka nas zjazd do Ojcowa. Mamy też okazję zobaczyć miejscowość od drugiej strony i zawitać do centrum. Mimo, że mamy początek września to niemal wszystko już pozamykane. Udaje nam się znaleźć jedyną restaurację, która jest jeszcze czynna. Akurat znajduje się ona rzut beretem od miejsca naszego noclegu. Kolacja, myju, spać. Jutro mamy plan zawitać do Krakowa. Będzie nieco mniej przyrody… ale czy na pewno?

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.