Co roku podczas Dni Sulęcina odbywają się Regaty na Postomii. Nie wiem, która to już edycja, ale zawsze chciałem tam zawitać jako widz. Nigdy jednak nie było ku temu okazji. A to nie pasował termin, a to godzina itd. W tym roku chyba wszystko idealnie się zgrało i postanowiłem nieco bardziej się w to zaangażować. Wziąć w nich udział 🙂

Pokrótce wyjaśnię o co chodzi. Zawody skierowane są do wszystkich, ale głównie 99% uczestników to dzieci (tak ten 1% to właśnie ja). Trzeba przygotować statek własnej konstrukcji nie mniejszy niż 20 cm i nie większy niż 70 cm. Cała filozofia. Stąd też w poprzednim wpisie można trochę poczytać o tym, jak Gosiakówka rodziła się w bólach. Regulamin wymaga także, aby każda jednostka pływająca miała swoją nazwę. Moja miała najlepszą.

No to w drogę!
Nie miałem pojęcia czego można się spodziewać po mojej konstrukcji. Wieczorem jeszcze puste butelki zostały zalane częściowo wodą. No ale aby było piękniej wizualnie to dodałem trochę izotoniku… cytrynowego. Uwierzcie mi na słowo… ładnie nie było 😛

Kolejnym wyzwaniem było zapakować Gosiakówkę i przewieźć ją do Sulęcina. Mam spore doświadczenie z kartonowymi zabawami, więc trochę prowizorki, taśmy klejącej i powstało piękne zabezpieczenie. Linki bagażowe, aby wszystko pewnie trzymało się na sakwie i można ruszać.

Trochę wystaje, ale co tam.

Oczywiście Gosia towarzyszyła mojej wyprawie i wiedziała, że taki statek powstał. Jak sama określiła, statek to za dużo powiedziane, i nie można się z tym nie zgodzić. Nie miała okazji jednak widzieć mojego dzieła na własne oczy i nie wiedziała nawet o nazwie. To dopiero miała poznać przy rozpakowywaniu, już na miejscu 😉

Jeżeli chodzi o trasę to wybraliśmy najmniejsze zło i spokojniejsze tempo. Był jednak odcinek z fatalną nawierzchnią w postaci płyt betonowych i wtedy musiałem się trochę przespacerować. Koniec końców nic nie odpadło i statek dojechał w całości. Lekko byłem zaskoczony, że tak pewnie to wszystko się trzymało.

Oczekiwanie na start. Pierwsze zdziwienie i nie jedyne
Regaty miały się odbyć nad rzeką Postomią i gdy dotarliśmy na miejsce to akurat trwały przygotowania. Największe oczy zrobiłem patrząc na dystans, jaki mają pokonać statki. Nie wiem, ile to było metrów, ale spodziewałem się o wiele krótszej odległości.

Jeszcze pusto, ale niedługo zaroi się tutaj od ludzi.

Jak ja mam konkurować z takimi dziełami?

No dobra. Przyszedł czas, aby się zarejestrować. Byłem czwarty na liście i taki też numer otrzymałem. Łącznie wystartowało 18 statków. Tak więc czekały nas trzy wyścigi po sześć statków. Ja miałem startować w pierwszym. Bardzo dobrze, będzie z głowy i opadną emocje. Jakby nie patrzeć to stres był.

Czyż ten izotonik nie wygląda świetnie?

Przede wszystkim nie wiedziałem, jak Gosiakówka zachowa się na wodzie. Dostałem jednak radę od Pana, który zasugerował, aby bezpiecznie statek zwodować. Woda, która była w butelce przy nieumiejętnym rzuceniu na wodę może przelać się w jedną stronę i wtedy statek stanie dęba. Dzięki wielkie, dodatkowy stres jest mi akurat potrzebny. Jednak wziąłem radę sobie do serca i postanowiłem zachować wszelkie środki ostrożności.

Czas, start!
Zająłem miejsce na pomoście i skupiłem się tylko i wyłącznie na odpowiednim zwodowaniu. Stąd też po komendzie startu Gosiakówka była jeszcze w moich rękach i powoli zmierzała ku wodzie. Wystartowała ostatnia i w szoku byłem jak sprawnie poszła do przodu.

Pojawił się uśmiech i już oczami wyobraźni widziałem, jak pędzi ku mecie 🙂

Radość nie trwała jednak długo. Zamiast zmierzania ku mecie to Gosiakówka bardziej zainteresowała się sterburtą. Sternikiem był kot Jerry i plan zakładał, że boi się on wody, więc jak najszybciej będzie chciał wrócić na ląd. Zakładałem metę, ale nie wziąłem pod uwagę najbliższego brzegu. Może mysz złapać nie może, ale cwany to on jest.

Na mieliźnie.

Na szczęście, gdy statek utknie to nie oznacza końca wyścigu. Panowie odpychają kijami i statki wracają do gry. Mój chyba ze trzy, cztery razy potrzebował takiej pomocy. Koniec końców skończyło się przewrotką. Sternik kot Jerry opuścił tonący okręt, a ten bez żadnej kontroli w specyficzny sposób płynął sobie dalej.

„Gosiakówka” w ciekawy sposób zaczynała nabierać prędkości.

META osiągnięta!

Podliczanie strat.

Sternik także wrócił na ląd, ale nie w sposób jaki chciałem. Za opuszczenie statku i wszelkie kombinacje zaliczył lot z wody na ląd. Dobrze mu tak. Jestem zawiedziony jego postawą. Cieszyłem się jednak, że Gosiakówka dotarła do mety. Może potrzebna była pomoc, ale w zasadzie nic nie odpadło.

Dotarcie do mety to już sukces
Kolejne wyścigi były jednak szybsze i ostatecznie moja myśl inżynieryjna została sklasyfikowana na 14 miejscu z czasem 7:06.70. Do zwycięzcy straciła ponad 2 minuty. Bawiłem się jednak świetnie i tak jak wspomniałem. Dla mnie sukcesem było dotarcie do mety.

Ja już swój udział na Dniach Sulęcina zakończyłem, ale najlepsze miało się wydarzyć później. Na razie cicho siedząca Gosia szykowała coś wielkiego i to całkiem nieświadomie.

Zwykła, gumowa kaczka
W tym roku odbyła się także pierwsza edycja Wyścigu Kaczek. Idea jest bardzo prosta. Płacisz 10 polskich złotych, losujesz nr startowy i potem setka kaczek ląduje na Postomii i ta która dopłynie pierwsza – wygrywa. Nic bardziej prostszego.

Z racji tego, że ja brałem udział w regatach to Gosia musiała w Wyścigu Kaczek. Jakoś tak niechętnie do tego podchodziła i pomocna tutaj okazała się Pani, która przyjmowała zgłoszenia. Wystarczyło, że powiedziała o nagrodzie głównej w postaci roweru miejskiego.

Gosia wybrała numer 42 i pozostało czekać. Kaczki miało zostać zwodowane o godzinie 13.

„Adrian, gdzie jest moja kaczka, bo ja nie widzę”

Kaczki miały numery pod spodem, ale na szczęście zrodził się pomysł, aby także miały je na głowie. Było lekkie opóźnienie, bo trzeba było te numery dopisać. Dzięki temu otrzymaliśmy szansę emocjonowania się rywalizacją. Bez tych numerów płynęły by po prostu zabawki i nikt by nie wiedział czyja kaczka, gdzie się aktualnie znajduje… w zasadzie to my nie wiedzieliśmy.

Czy to będzie ta zwycięska kaczka?

Kaczki lądują na linii startu.

Gosia próbuje namierzyć swoją gumową kaczkę, ale bez skutku. Ja też jej nie widzę. Sto jednakowych zabawek i znajdź w tym tłumie tę jedną jedyną, tę z numerem 42 na głowie.

Poszły!

Od razu jedna kaczka wystrzeliła do przodu i większość osób myślała, że już po ptakach. Zaczęły się jednak tworzyć grupy i te nabierały prędkości. W peletonie siła, więc uciekająca kaczka została dogoniona i na metę wpadło kilka niemal jednocześnie…

42, 32… niemożliwe!!!!
Nie mogliśmy namierzyć kaczki Gosi i szukaliśmy jej gdzieś tam w ogonie stawki. Na mecie potrzebny był fotofinisz i jakoś bardzo się tym nie ekscytowałem. Do czasu, gdy z głośnika padło, że wygrała kaczka nr 42! Niemożliwe. Ktoś tam mówi, że 32 i powstało jedno, wielkie zamieszanie. Nikt nie wiedział, czyj będzie rower.

Gosia chyba z 10 razy biegała dopytać, która kaczka dotarła jako pierwsza i za każdym razem wracała z odpowiedzią, że ta z numerem 42. Totalny szok. Na sto jednakowych, gumowych kaczek to właśnie ta wybrana przez Gosię dociera do mety jako pierwsza. Dociera całkiem niespostrzeżenie, bo do dzisiaj nie potrafię jej ulokować. Oglądam zdjęcia, filmiki i nie mam pojęcia, gdzie ona płynęła.

Wyskoczyła z cienia na ostatnich metrach i dała zwycięstwo… dała upragniony rower z najważniejszym kobiecym parametrem – biały 🙂

Jeszcze do końca nie wierzyłem i kaczki można było zabrać na pamiątkę. Wszystkie ustawione były na stole i nie mogłem znaleźć tej z numerem 42. Ta dopiero miała zostać oddana na scenie podczas wręczania nagrody głównej.

Oczywiście telefony poszły w ruch i pisk cieszącej się Agnieszki to nie wiem, czy słyszałem z głośnika telefonu, czy z Gorzowa 😉 Gratulacjom nie było końca. Super sprawa. Sukces uczciliśmy pysznymi lodami w pobliskiej cukierni.

Odebrać, nacieszyć się i do domu
Dekoracja miała odbyć się na scenie o godzinie 17. Mieliśmy więc trochę czasu, bo planowo zmierzalibyśmy już do domu. Tak więc trzeba było rozruszać te mocje i wybraliśmy się na krótką rundę w kierunku Torzymia. Kontrolując oczywiście czas, aby wrócić na dekorację.

W ogóle w niedzielne popołudnie na Placu Czarnieckiego nie było tłumów. Za to było lekkie opóźnienie, ale w końcu miała nadejść upragniona dekoracja. Nagradzane były osoby, które przez te trzy dni święta w Sulęcinie brały udział w różnych zawodach, konkurencjach. Rower miał zostać wręczony na samym końcu.

Gosia, jako VIP.

W zasadzie ten BIAŁY rower jest już Gosi.

Ta mała, gumowa, żółta kaczka zapewniła zwycięstwo.

Nie mam pojęcia, kiedy emocje są większe. Gdy samemu wchodzi się na podium, czy gdy robi to bliska osoba. Mi się wydaje, że w tym drugim przypadku o wiele bardziej można się wzruszyć. Czasami bardzo dobrze jest mieć przeciwsłonecznie okulary 😀

Najszczersze gratulacje.

Rower wylądował w samochodzie, bo mąż Gosi niespodziewanie i tak samo wielkim szoku spędził trochę czasu na Dniach Sulęcina, a my ruszyliśmy w drogę powrotną. Balastu na sakwie już nie było, stres odpuścił, więc bez większego przejmowania się można było zmierzać do Gorzowa. Ciesząc się jak dzieci niemal całą drogę.

Gosia skradła show 😉
W zasadzie mój fenomenalny, niesamowity sukces w postaci pokonania Gosiakówką bardzo rwącej rzeki jaką jest Postomia przeszedł bez większego echa. Nie ma co się dziwić, bo rower nie dostaje się od tak, a tym bardziej bawiąc się gumową kaczką.

Jeszcze raz gratulacje i chociaż miałem okazję wykonać na nowym nabytku krótką rundkę to jestem pewien, że będzie służył bardo dobrze po miejskich wojażach. UWAGA! Niedługo na ulicach Gorzowa pojawi się biały demon prędkości! Wielkie podziękowania za wspaniałą zabawę. Czasami warto cofnąć się nieco do dziecięcych lat 😉

Udostępnij:

Komentarze

  1. Adrian! Wielkie i szczere gratulacje, że Gosiakówka dopłynęła do mety 😊🤗👏🏿👏🏿👏🏿 Również, gratuluję Gosi, cieszę się niesamowicie 😊😊😊i zazdroszczę Wam tam tych emocji, coś fantastycznego 🤗🤗🤗

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.