Piwnica na jednym z gorzowskich osiedli. Wczesne godziny poranne… wróć… późny wieczór. Normalni ludzi już myślą o śnie, ale nie ja. Rusza tajemniczy Projekt Gosiakówka.

Potrzebne materiały wylądowały w kartonie.

Nie jest to jakiś skomplikowany projekt, ale ciągle nie wiadomo, co to takiego? W zasadzie to sam do końca nie wiem. W głowie kreuje się jakaś myśl, ale czy uda się ją przenieść w rzeczywistość?

    Co my tu mamy?

  • Drewniane patyczki do szaszłyków.
  • Dwie butelki po ohydnej wodzie smakowej.
  • Drewniany nóż do masła.
  • Gumki recepturki.
  • Klej biurowy.
  • Klej Kropelka.
  • Korki do butelek.
  • Metalowe szpikulce do szaszłyków.
  • Papierowe tacki.
  • Samoprzylepny papier kolorowy.
  • Sznurki bawełniane.
  • Taśma klejąca, przezroczysta.

Z tych rzeczy powstanie projekt życia. Dawno nie bawiłem się na taką skalę manualnie, więc będzie ciekawie. Wyzwanie – to lubię 🙂

To zdjęcie zdradza chyba wszystko i już wiadomo co powstaje w tajemniczej piwnicy.

W początkowej fazie Projektu Gosiakówka pojawiły się problemy. Papierowe tacki okazały się za słabe i nawet ich nawarstwienie i wzmocnienie gumką zbytnio nie pomogło. Trzeba było wprowadzić poprawki i znaleźć zamiennik. Padło na plastikowy pojemnik po cieście – połowę pojemnika.

Maszt natomiast to patyczki do szaszłyków i gumka recepturka. Niezbyt skomplikowana konstrukcja, ale wszystko trzymało się świetnie.

No ale dlaczego Gosiakówka?
Każda jednostka pływająca posiada nazwę i tutaj nie mogło być inaczej. Mógłby to być Titanic, ale inspirację wolałem poszukać trochę bliżej 😉 Tam, gdzie najbardziej chciałem.

Wszystko rodzi się w bólach.
Statek, tudzież katamaran… hmmm… nie wszystko szło jakbym tego sobie zamarzył. W głowie wyglądało to lepiej, no ale jak się powiedziało A to trzeba i było powiedzieć B. Na przyszłość nie warto chyba komukolwiek opowiadać o tym co się robi, bo jak nie wyjdzie to się wszystko dyskretnie wyrzuca i udaje, że nic nie miało miejsca. Taka życiowa rada.

Mój projekt postępował.

Problem z masztem był taki, że chybotał się przód-tył. Został wzmocniony korkiem, ale to nie pomogło, więc w ruch poszedł sznurek. Korkowe wzmocnienie zostało obwiązane, maszt postawiony do pionu, naciągnięty, a sznurek został sprytnie puszczony dołem. Idealnie i jest to teraz stabilniejsze niż bloki z wielkiej płyty.

Sam maszt wylądował na swoim miejscu. Czyż nie wygląda ładnie? Wszelkie ostre elementy zostały od spodu zabezpieczone korkiem.

Kropelka, kropelka i jeszcze raz kropelka.
Tyle kleju co przy budowie statku to nie wykorzystałem chyba przez całe lata spędzone w szkole. Minus tej zabawy był taki, że klej pozostawia plamy, a na przezroczystych elementach jest to bardziej widoczne. Estetyka ucierpiała, ale najważniejsza była stabilność, a co do tego to nie było zarzutów.

Miecz – aby statek pruł przed siebie idealnie prosto.

Statek bez sternika to nie statek.

Finał
Może konstrukcja nie jest idealna, ale powstała przy użyciu moich dwóch, lewych rąk. No a to jest już wyzwanie 😉 . Nie wszyscy byli tak z niej dumni, jak ja, no ale co tam.

Statek trzeba było zapakować, bo kolejnego dnia musi zostać przetransportowany rowerem (ponad 50 km) i zostanie zwodowany. Pierwszy raz zobaczy wodę… ba… skonfrontuje się z nią i jestem ciekawy jak to wszystko wyjdzie.

Dlaczego? Co? Ale jak?
Po co w ogóle powstała Gosiakówa? Na dokładniejsze wyjaśnienie przyjdzie czas później. Teraz mogę zdradzić, że statek weźmie udział w regatach. Mam nadzieję, że przepłynie określony dystans i dotrze do mety. Za sternika mam kota, a te boją się wody, więc będzie chciał na pewno dotrzeć jak najszybciej na suchy ląd. No i nazwa jest świetna, a to już jest +5 do szybkości.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.