Dzień rowerowy rozpoczął się bardzo wcześnie, bo już po godzinie 5 byliśmy w szynobusie zmierzającym do Zielonej Góry. Tak nas naszło, aby pojeździć po tamtych rejonach i nie spodziewałem się, że tak szybko wrócę w tamte okolice. Jeszcze przedwczoraj ledwo co pedałowałem po tamtejszych drogach.

Wróćmy jednak do wycieczki. Namówiłem Gosię, aby wybrać się w kierunku Sławy… w zasadzie to w kierunku Jeziora Sławskiego, a dokładniej wieży widokowej Joanna. Dawno temu przypadkiem natrafiłem na informację o tym miejscu i tak mi się zamarzyło, aby zobaczyć to na własne oczy. W sumie jakoś zbytnio nie wierzyłem, że to się wydarzy… a tutaj proszę 🙂

Z wydostaniem się z Zielonej Góry nie było zbytnio problemów. Na drugą stronę Odry mieliśmy przedostać się przez Cigacice, a to oznaczało, że pokonamy kawałek trasy sobotniego wyścigu, ale w odwrotnym kierunku. Natrafiliśmy na Pana od truskawek, który ulokowany był w tym samym miejscu. Miałem więc okazję jeszcze raz mu podziękować, bo gdyby nie podzielił się wodą to nie wiem, czy do mety bym dotrwał.

Za mostem w Cigacicach odbijamy w kierunku winnic. Pagórkowaty teren, winorośla, zabytkowe wille i pomniki przyrody nadają niesamowity klimat. Jest tylko jeden problem. Są to komary i nie ma możliwości aby zatrzymać się chociaż na sekundę, bo momentalnie nas obskakują.

Adekwatny napis do tego co wydarzyło się podczas sobotniego ścigania.

Pojechaliśmy w kierunku willi Herzoga, która wybudowana została w 1900 roku, ale oczywiście jest w rękach prywatnych i mogliśmy tylko popatrzeć zza płotu. Bardziej jednak zainteresowaliśmy się przyozdobionym obok w bardzo ciekawy sposób drzewem.

Prawie jak Shire.

Komary nie dawały spokojj, więc trzeba było jak najszybciej wiać. Krótki przystanek jeszcze przy dębie Jagiełło i w nogi, jak najdalej stąd.

Kółko zrobione, jesteśmy po odpowiedniej stronie Odry i kierunek wieża widokowa. Trochę kilometrów nas czekało, ale mijały one bardzo szybko. Po drodze wyposażyliśmy się w Super Sklepie (to taki sklep, gdzie kupisz i kiełbasę i dętkę do roweru) w środek przeciw gryzącym owadom.

Wieża widokowa Joanna położona jest niedaleko Lubiatowa, lubuskiego, ale nie naszego. Bardziej Lubiatowa bliżej Sławy niż Drezdenka.

To teraz w górę.

Wieża powstała w latach 2013-2015, więc jest dosyć młoda. Ma 40 metrów wysokości, ale górny taras znajduje się na wysokości 36 metrów, a dolny – 20 metrów. Tak więc jest dosyć sporawa.

Żeby wdrapać się na górę to trzeba pokonać 192 schody. Na początku Gosia jeszcze liczyła stopnie, ale potem dała sobie z tym spokój. Co do ilości schodów to jest to informacja znaleziona w necie, ale zawsze można samemu je przecież policzyć 😉

Widok na Jezioro Sławskie z pierwszego tarasu.

Ku górze.

U góry niespodzianka w postaci lunet. Są trzy, ale jedna niestety popsuta. Najważniejsza skierowana w stronę jeziora działała. Idąc na górę już je widziałem i przez głowę przechodziła mi myśl, czy są darmowe. Oczywiście musiałem przez nie popatrzeć, ale jakoś nie uśmiechało mi się wracać na dół po monety i z powrotem na górę. Na szczęście można z nich korzystać bez zapasu bilonów.

Kask nie za bardzo pomagał przy patrzeniu, a ściągnąć się nie chce… wiadomo fryzura 😉

Jezioro Sławskie – widok z samej góry.

Taki widok i wcale to nie jest cień.

Trochę czasu na Asi zabawiliśmy (w sumie nawet nie wiem, czemu wieża nosi to imię) i zdecydowanie jest to najlepsza wieża widokowa na której miałem okazję być. Widoki przepiękne, a nam jeszcze dopisywała pogoda.

Trzeba było ustalić jakiś dalszy plan działania. Na liczniku mieliśmy przejechane ponad 50 kilometrów i gdzieś tam w głowie siedziała myśl, aby odwiedzić Sławę. Nie byłem jednak pewny co do godziny i powrotu na pociąg do Zielonej Góry. Ostatecznie ten wariant został i udało nam się nawet po swojemu okrążyć jezioro. Nie wiem, czy można to zrobić bliżej brzegu, bo mapa pokazująca przebieg szlaków rowerowych nie gwarantowała ciągłości. Gdzieś tam zawsze jakiś szlak się urywał.

W kierunku Lubiatowa i dalej na Sławę przez parę kilometrów prowadzi bardzo fajna droga rowerowa. W zasadzie nie wiem, czy w kierunku Lubiatowa/Sławy, bo strzałka pokazywała nam przeciwny kierunek.

Nie zawsze jest potrzebny asfalt, aby było przyjemnie.

Meldujemy się w Sławie. Bardzo mi się podoba ta miejscowość, bo miałem okazję dwukrotnie nocować tutaj przy okazji pielgrzymki rowerowej, ale nigdy nie było czasu na poważniejsze zwiedzanie. Tak, czy siak jest tutaj pięknie. Klimatyczny park, przepiękne jezioro, plaża, ten klimat turystycznej miejscowości i wcale nie tak dużo ludzi.

Lody nad Jeziorem Sławskim w potrójnym wafelku 🙂 🙂 🙂

Pozostało jedynie okrążyć jezioro i zmierzać w kierunku Zielonej Góry. Nie wiedzieliśmy czemu nawigacja usilnie prowadzi nas w kierunku Nowej Soli i dorzuca sporą ilość kilometrów. Czas uciekał, a pociąg przecież nie będzie na nas czekał. Na bieżąco modyfikowaliśmy trasę i jakoś zbliżaliśmy się w kierunku przystanku końcowego – Zielonej Góry.

Na horyzoncie pojawiła się miejscowość Klenica i wspomniany na początku Super Sklep. Nakreśliliśmy nieświadomie koło, ale żadne z nas nie chciało wracać tą samą drogą. Padło na powrót przez Zabór. Porozmawialiśmy chwilę z właścicielem kóz, który proponował nam przeprawić się na drugą stronę Odry promem, a my że nie, że wrócimy przez Cigacice, bo chcemy jeszcze mieć trochę tych kilometrów. Prawda była taka, że nawet nie miałem pojęcia w jaki sposób wracać do miasta, kierowała nas po prostu nawigacja.

Agata i Karolina.

Koniec końców wylądowaliśmy na promie w miejscowości Przewóz (idealna nazwa). Dotarliśmy tam nieco zarośniętą drogą wałem i chyba panowie z obsługi widzieli nas z daleko, bo poczekali. Wtedy też zrozumiałem dlaczego tak usilnie nawigacja kierowała nas przez Nową Sól.

Była okazja przejechać przez Zabór i pokazać metę sobotniego wyścigu. Niestety Lubuskie Centrum Winiarstwa było już zamknięte, ale i tak nie byłoby czasu na zwiedzanie. Myślałem, że przez Przytok przedostaniemy się do Zielonej Góry, ale nawigacja postanowiła nas nieco przetestować i pokierowała nas przez ładne pagórku szlaku pieszego. Piach, podjazdy, a do odjazdu pociągu nie pozostało wcale dużo czasu. W końcu pojawił się asfalt i trzeba było zweryfikować trasę i trzymać się już bardziej utwardzonych dróg. Nasza weryfikacja była na tyle udana, że pojechaliśmy w przeciwnym kierunku. Na szczęście w porę się zorientowaliśmy, nazad i już prosto w kierunku dworca… zostało jakieś 8 km. Trzeba było narzucić tempo, ale z wyliczeń wychodziło, że zameldujemy się przed czasem odjazdu szynobusu…

… no właśnie szynobusu. Oczywiście zdążyliśmy na dworzec i przez megafon usłyszeliśmy komunikat o opóźnieniu z powodu problemów technicznych. Myślę sobie tyle grzaliśmy, aby tutaj teraz godzinę siedzieć, ale na szczęście opóźnienie było 5-minutowe. Gorzej już z tym co było podstawione – przyjechała konserwa!! Czym jest ten specyficzny pojazd? Wpiszcie sobie w wyszukiwarce internetowej SA105-105. Nie jest to pociąg, żaden szynobus, nawet tramwaj, ale zwykła konserwa. Na dodatek się przegrzewała, więc jej tempo było zabójcze i co parę kilometrów mieliśmy postoje w szczerym polu. Nie chcę już pisać o ilości ludzi i dwóch rowerzystach. Tłok i zero szans, aby Pan konduktor miał w ogóle możliwość sprawdzenia biletów.

Jakby było tego mało to zauważam, że w przednim kole nie mam nic powietrza. Pozytyw taki, że nie zdarzyło się to, gdy pędziliśmy na pociąg. Jedynie przerażała mnie wizja, że konserwa w końcu się zagotuje, zatrzyma na stałe w szczerym polu, wywalą nas z niej, ludzie pojadą sobie autobusem, a my pozostanie sami sobie. Na szczęście wielokrotny restart systemu i jakoś mikrobusik się rozruszał. No a już za Czerwieńskiem rozbujał i zmierzał w kierunku Gorzowa. Nawet na tyle, że opóźnienie było zaledwie półgodzinne. W Zbąszynku wysiadło wiele osób, więc można było przestawić rowery, aby już tak nie wadziły na wyjściu i niespełna godzinę spędzić siedząc… co za komfort w pociągu zmierzającym z Zielonej Góry do Gorzowa Wielkopolskiego (dwóch stolic województwa lubuskiego).

Nie było sensu bawić się w wymianę dętki, bo to sobie na spokojnie zrobię w domu. Czekał mnie spacer, a że Gosia nie miała sumienia mnie zostawić to skończyło się na wspólnej przechadzce 🙂

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.