Głupie prognozy pogody straszyły badziewną aurą, a okazało się całkiem inaczej. Jakoś w nocy nie mogłem spać. To co działo się za oknem napawało optymizmem, więc pozytywnie naładowany oczekiwałem poranku.

Gosiak sobie przysnął, ale jakoś udało się jej ogarnąć i to zaledwie z 10-minutowym poślizgiem pojawiła się na miejscu zbiórki. Pełen szacunek. Cel wycieczki – padło na Strzelce Krajeńskie. Chciałem wyłapać tam ostatniego kesza w mieście i tym samym dobić do 60 odnalezionych skrzynek.

Pojechaliśmy w kierunku Goszczanowa i kawałek dalej na skrzyżowaniu odbijamy w kierunku Zwierzyna. Pierwszy raz jechałem tą trasą i ubaw mieliśmy chociażby z nazw miejscowości. Dość specyficzne. Droga bardzo spokojna i malownicza, jechało się przyjemnie. Rozlewiska Noteci prezentują się fantastycznie.


Jak komuś żona przyprawia rogi, to można na tym zbić interes.


Ubogi wulkan na horyzoncie?

Po jakimś czasie docieramy do Strzelec Krajeńskich. Cel wieża ciśnień zwana Lemko Tower. Jubileuszowy keszyk i uśmiech na twarzy.


Lemko Tower w niepełnej krasie.


Otwarte, a jednak zamknięte.


Tablica informacyjna.


Robak wkręcił się w geocaching i tak to już trwa ponad rok.


Coś uwiera? Co tam się skryło?

Powrót w kierunku Dankowa i dalej na Kłodawę, czyli jakby nie patrząc niemal standardowa trasa w kierunku Gorzowa Wielkopolskiego.


Jezioro gdzieś w pobliżu Lip.

Ładny kilometraż się trafił i szósty wynik pod tym względem odkąd jestem na BS. No ładnie, Gosia chciała trochę nadrobić nierowerowy czas i Adrian świetnie na tym skorzystał. To się nazywa współpraca.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.