Zrobiło się takie przedwiośnie, więc trzeba to wykorzystać. Akurat ktoś do kesza w ruinach zamku myśliwskiego w Karsku wrzucił geokreta. Znalazł się więc pretekst, aby ponownie tam się wybrać.

Korzystam ze starej S3 i w Trzcinnej odbijam właśnie w kierunku Karska. Po drodze mijam kopalnię kruszywa i przez pewien czas droga w fatalnym stanie. Dużo błota i ciężarówek.


Jakby nie patrzeć – 15 południk.


Dwór w Karsku. Z tyłu natomiast poniższe ruiny.


Ruiny zamku myśliwskiego.


Ale dotykać można?


Udało się zajrzeć przez okno do wnętrza dworku.

Skrzynka znaleziona bez problemu, mimo że zmieniona została nieco lokalizacja. Kret do kieszonki i można wracać. Postanowiłem jeszcze zrobić parę zdjęć i nagle z trawy wylatuje sowa. Taka oszołomiona, ale nie wyglądała na ranną. Biegałem tak za nią, ona z drzewa na drzewo i tylko udało się zrobić jedno zdjęcie, takie dość przeciętne.


Puchacz nudzący się w dzień.


Geokret – obcy-futbolista.

Powrót tą samą drogą, ale potem odbijam w kierunku Chłopin. Wiadomo, trzeba dorzucić trochę kilometrów. Przy okazji jeszcze w Karsku odkrywam atrakcyjną, strażacką miejscówkę.


Wiadomo gdzie przebywają strażacy, gdy mają wolne.


Potwierdzam. Ani milimetra śniegu na tej drodze.

Można powiedzieć, że przez Chłopiny prawie przefrunąłem i zatrzymała mnie szkoła w Ściechowie. Może tego nie było, albo dopiero zauważyłem, ale jest tam parking dla rowerów. Zadaszenie, wyrwij kółka, ale przecież nikt tam nie zaparkuje wartościowym sprzętem. Ważne, że coś takiego jest i jest gdzie zostawić dwukołowca.


Parking rowerowy przy szkole.

Przez Lubiszyn, Lubno i Bogdaniec wróciłem do domku. Warto wspomnieć, że czasami sobie podmuchał wiatr, ale nie jest wielce upierdliwy. Jest natomiast chłodny i całe to temperaturowe ciepło odbiera.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.