Zostałem namówiony przez Gosiaka, aby wybrać się na rajd do Krzyża Wielkopolskiego. Większego wyboru nie miałem, bo co tutaj dużo mówić. Gosia poznała mój świat, więc warto także poznać i jej. Jedyna bolączka to wstanie o 6 rano, jednak i to już tam rowerowa towarzyszka potrafiła okiełznać… telefonicznie ;p

Melduję się na dworcu o wyznaczonej porze i ruszamy. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz siedziałem w pociągu.


Bilety są, można ruszać. Kierunek Krzyż Wlkp.


Jaka swoboda.


Gdzieś w Górkach Noteckich. Jeszcze trochę drogi przed nami.

Na dworcu czekał już na nas Daniel. Najpierw musiałem okiełznać parowóz, który stoi na tamtejszej stacji. Dobrze znany chociażby z Parady Lokomotyw w Międzychodzie Ol49. Zdjęcia zdjęciami, ale najważniejszy był schowany tam
mikrus.


Kolejny keszyk wyłapany.


Parowóz Ol49, który został odrestaurowany w 2012 roku.

Z rana było dość zimno, bo jak wyjeżdżałem z domu to temperatura pokazywała -2°C. Dowiedziałem się, że w Krzyżu jeszcze gorzej, bo dochodziło nawet do -5°C.. Ogrzaliśmy się w miejscowym Ośrodku Kultury, gdzie miałem także okazję obejrzeć okazałe kroniki klubu rowerowego
Dynamo. Przybyli inni uczestnicy, potem zbiórka przy fontannie, gdzie pojawiło się jeszcze parę osób. No i ruszyliśmy w drogę, po totalnie obcym mi terenie.


Gosiak przebiera nóżkami z niecierpliwości.


W drodze.


Ognisko nad jeziorem.


Będą kiełbaski.


O zgrozo. Betonowe budki dla ptaków. Jedna taka waży około 15 kg.


Jezioro Długie, częściowo zamarznięte.

Pojedli, jakieś kilometry wpadły, ale ciągle było to za mało. Trzeba było Adrianowi pokazać inne atrakcje i tak wylądowaliśmy w Piłce, w Parku Grzybowym.


Grzybowa chatka.


Dzik z przyjemnym futerkiem.


Trochę edukacji przyrodniczej nie zaszkodzi.


Dorodny okaz.


Jest tablica, można wykazać się wiedzą.


Opuszczając bardzo ciekawy park.

Cześć osób pojechała w swoim kierunku, a nasza szóstka okrężną drogą z powrotem do Krzyża. Oczywiście z przystankami na kolejne atrakcje.


Widok niesamowity. Gosia i lemondka.

Dowiedziałem się, że w Potrzebowicach w 1992 roku miejsce miał wielki pożar, gdzie spłonęło 5,5 tysiąca hektarów lasu. Wszystko za sprawą pociągu. Zatarła się jedna z osi i wystarczyła iskra, aby wybuch taki pożar. Postawiono wieżę widokową, ale niestety nie było możliwość wejścia na nią. Nieco dalej inne, dość specyficzne miejsce, który nawiązuje do tej tragedii.


Smok i obrończyni.


Tablica upamiętniająca tragedię.

Wieluń to kolejna miejscowość na naszej drodze. Miała być tylko przejazdem, ale dłuższa, wymuszona przerwa przy pałacu. Stróżem był pies. Nie można go nazwać ochroniarzem, bo za bardzo przyjaźnie nastawiony. Nieco wygłodniały, brak wody do picia. Zrobiliśmy więc zakupy w pobliskim sklepie i pomogliśmy czworonogowi.


W kierunku pałacu.


Charakterystyczna fontanna, tudzież studnia. Każdy widzi, co chce.


Pałac Sapiehów. Spalony, ale w 1945 odbudowany. Teraz kompletna ruina.


Pies stróżujący, które nie za bardzo nadaje się do tej roli.


Ku pomocy zwierzakowi.


Kanapki z pasztetem. Wcześniej miał tylko obierki po ziemniakach.


Świeżutka woda.


Pij piesku, pij.

Ujmujący widok był kiedy już skończyły się pasztetowe kanapki i mój (nasz) nowy przyjaciel poszedł zakopać sobie suchą kromkę. Jakbym mieszkał w okolicy to chyba codziennie bym go odwiedzał. Szkoda zwierzaka.

Czas już poważnie pomyśleć o powrocie i tak rozstajemy się z kolejnymi członkami ekipy, czyli Leszkiem pierw i potem Grażyną. Pałeczkę dowodzącego przejmuje Gosia no i wiadomo jak to musiało się skończyć. Nie ten kierunek i na stacji wylądowalibyśmy pewnie na styk, gdyby się nie okazało, że pociąg jest nieco później.


Droga powrotna.


Z powrotem na stacji.


Czas do domu.

Dzień minął. Poznałem nowych ludzi i być może czeka mnie więcej. Nie ma co ukrywać, było super.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.