Zawsze jest tak, że to ja ciągam Gosię w różne miejsca i pokazuję na nie palcem. Dzisiaj role się nieco odwróciły, ale musiałem dorzucić swoje pięć groszy. Głównym celem było Rokitno. Wstyd, czy też nie, ale nigdy tam nie byłem. Nie miałem takiej potrzeby. Ja natomiast do tego planu dorzuciłem jezioro w Przytocznej. Liczyłem na stado kaczek, wyobrażałem sobie jak trzymam cztery bochenki chleba i jestem ich władcą… ech…

Do rzeczy, bo się rozmarzyłem. Spotkanie w mieście w nieco innym miejscu niż planowaliśmy. Po drodze złapałem kapcia w przednim kole. Telefon, Gosiak wprowadza korektę w współrzędnych, a ja bez problemu łatam dziurkę. Początkowo miałem wymienić dętkę, ale tak sama się napatoczyła, więc bardzo łatwo ją zakleiłem. Zaledwie 15 minut poślizgu. Nie jest źle.


No to jedziemy… ku przygodzie!


Bociany wróciły. Wiosnę już czuć.

Po jakimś czasie meldujemy się nad Jeziorem Przytoczno. Ptactwa zero, niestety. Z racji tego, że jezioro jakieś wielkie nie jest, postanowiliśmy je okrążyć. Rzut na mapę i wskoczyliśmy na zielony szlak rowerowy i w kierunku Lubikowa. Tam także jest jezioro i to znacznie, znacznie większe.


Jezioro Przytoczna. W tle kościół.


Swojskie klimaty wsi.


Po drodze spotkaliśmy konie.


Ta klacz trzymała się na uboczu i nie była zbytnio nami zainteresowana.


Ten konik został ochrzczony jako Smarka (nozdrza wszystko wyjaśnią).


A to Gryzak. Chciał zjeść mnie, drewno, a także rowery.

Myślałem, że dojazd do Jeziora Lubikowskiego jest łatwiejszy. Co się nabłądziliśmy to nasze. Oczywiście po drodze były drogowskazy z napisem
Jezioro, ale kto by tam na nie patrzył. Ostatecznie wylądowaliśmy na jakimś pseudopomoście i łykaliśmy promienie słońca. Jest tam pięknie, a co dopiero musi tam się dziać w klimacie letnim?


Bokser przywiązany przez właścicielkę, która robiła porządki w ogrodzie. Miałem takiego psa i wiem, czemu biedak tak został ukarany.


Do jeziora to tędy?


Gdzie to jezioro?


Lód na jeziorze.


Żeby było zabawniej. Lód w lodzie.


Tak bardzo romantycznie.

Czerwony szlak rowerowy zaprowadził nas dalej, do Rokitna. Odwiedziliśmy Sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej. Byłem pewny, że tak stoi sobie jakiś kościółek i ludzie się w tym wielbią. Okazało się, że to spory teren, gdzie jest masa rzeczy do zwiedzania. Niektóre totalnie mnie zaskoczyły.


Tam jedziemy, jakby ktoś nie wiedział.


Kościół pw. Matki Bożej Rokitniańskiej.


Wejście do bazyliki.


Coś dla nas.


Pomników, figur, rzeźb, tego jest tam bardzo dużo i wszystko świetnie wykonane.


Na stawie pływa sobie stateczek.


Jak dobrze pamiętam, to owy statek zwie się „Zosia”.


Trzeba tam wejść na górę.


To nowość. Gosia robi za przewodnika.


Grób Jezusa.


Dziesięć przykazań.

Do środka oczywiście można wejść i to bez większych problemów. Wnętrze to dla mojego aparatu trudny teren, więc zdjęcia nie są rewelacyjne, ale ukazują przepych no i piękno tego miejsca. Dowiedzieliśmy się też, że tamtejsze organy po 25 latach doczekały się renowacji.

Dzień krótki, a dużo czasu straciliśmy na błądzeniu w poszukiwaniu jeziora. Tak więc trzeba po mały myśleć o powrocie. Jedziemy dalej czerwonym szlakiem rowerowym, który gdzieś po drodze nam się urywa. Jadąc dalej docieramy ponownie do Przytocznej i dalej w kierunku Skwierzyny.


Ostatni rzut okiem na Sanktuarium. Nieopodal ciekawy kamień.


Kamień upamiętniający rok 2000.


Cel wykonany. Adrian zobaczył coś nowego, a Gosiak może być dumny z siebie.

Oczywiście trzeba urozmaicać sobie drogę i powrót w kierunku Santoka i do Gorzowa Wielkopolskiego. Jeżeli chodzi o pogodę, to cały czas mamy przedwiośnie. Z rana temperatury na plusie w dzień odczuwalna na poziomie 5 stopni Celsjusza. Dzisiaj nieco później pojawiło się słońce. Ważne jednak, że wychyliło się na dość długi czas zza chmur.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.