Gosiakowi zamarzył się powrót do koni, które hasają sobie w okolicach Lubiszyna. Zapowiadała się fajna pogoda, więc po co mi kurtka? Upchałem sobie jabłka do tylnej kieszonki i po drodze dwa razy je zgubiłem 🙂 . Potem wylądowały z innymi owocami w sakwie rowerowej towarzyszki i ku nieparzystokopytnym. Oczywiście okrężną drogą.


Dzisiaj padło na nowe, leśne ścieżki. Przetestowałem kilka dróg, kompletnie mi nieznanych.

Słońce sobie uciekło, zrobiło się zimno, co potęgował chłodny, południowy wiatr. Musiałem skoczyć do domu po kurtkę i wtedy powróciła radość z jazdy. Po kilku godzinach meldujemy się przy stadninie, gdzie czekają na nas konie.


Są i koniki.


Niepewność?


Szaraczki. Gdzieś tam zawsze z tyłu.


– „Co masz dla nas?”


Zaczęła się jabłkowa uczta.


Mlask, mlask, mlask.

Jabłka się skończyły, konie miały okazję się delektować (jeden to szczególnie, bo dostał nadwyżkę). Potem nieco się popisały przed nami i trzeba było się z nimi pożegnać.

Z racji tego, że byliśmy w pobliżu Tarnowa, to pokazałem Gosi stary cmentarz, gdzie znajduje się lapidarium oraz błędnie wyznaczony piętnasty południk. Wtedy Niemcy mieli gorsze przyrządy i tak sobie to wyliczyli. Słup o tym mówiący pozostał. Nieco dalej znajduje się też krzyż nawiązujący do tragedii w Smoleńsku, ale jest jakoś mało efektowny.


Lapidarium w Tarnowie.


Chwila zadumy.


Śmieszna ozdoba, której nawet bym nie zauważył.

Runda lasem i tak z powrotem wylądowaliśmy w Tarnowie.
Słońce wyjrzało ponownie zza chmur, więc trzeba to wykorzystać. Dłuższa przerwa i łykanie promieni.


Mułowaty staw.


Niby patyk z czymś na końcu, a ile radości.


Jedziemy dalej.

Okolicznymi wioskami dotarliśmy do Kłodawy. Chciało się więcej kilometrów i tak trafiliśmy na drogę przy jeziorze, która wyprowadziła nas na ścieżkę rowerową. Rozstanie z Gosią i powrót standardową trasą.


Po ciasteczku na rozstanie. Smutek w oczach.


Zachód słońca nad kłodawskim jeziorem.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.