Dzisiaj w Gorzowie Wielkopolskim mieliśmy dwa wydarzenia połączone w jedno. Dokładnie 70 lat temu powstała administracja polska w mieście i tym samym przybyli osadnicy. To właśnie 27 marca obchodzony jest Dzień Pioniera. Zawsze to okazja, aby wyrwać się na rower, zobaczyć coś ciekawego. Zwłaszcza, że popołudniu dopisywało słońce i było ponad 10 stopni Celsjusza. Poranny deszcz odpuścił, a Gosiak dał się namówić na moje towarzystwo.

Dzieci i młodzież z gorzowskich szkół stworzyły coś na zasadzie teatru ulicznego. Przebrali się w ciuszki z tamtego okresu i przez Plac Grunwaldzki przemaszerował korowód.


Nie mogło zabraknąć harcerzy i uczniów z klasy wojskowej ZSTiO.


Pierwsi osadnicy – 1945 r.


Jest i ciuchcia.


Nie wstydzimy się, nie wstydzimy.


Fajnie to wszystko wyglądało, a młodzież wczuła się w rolę.

Na scenie przemówienia, wspomnienia. Nie zabrakło też piosenek. Ja jednak w swoje przepocone (czasami) łapki dorwałem aparat i tyle Gosia mnie widziała. Musiała uzbroić się w cierpliwość i tylko czekać, czekać i czekać.
Czasami też się uśmiechać.


Nie jedna osoba zdecydowała się przyjechać na Plac Grunwaldzki rowerem.


Ludzi było bardzo dużo, bo i uroczystość jedna z ważniejszych dla miasta.


Gorzowski Koziołek Matołek.


Konik z klapkami na oczach.


Papuga, ale coś małomówna.


Nie zabrakło też innych zwierząt.


Kotek, chyba niezbyt zadowolony, że musi siedzieć w klatce.


Jakby komuś zmarzły łapki, to było też ognisko. Zabrakło tylko kiełbasek. Chociaż pewnie niektórzy mieli je przy sobie.


Kolejny rowerek i stróż. Po co używać zapięcia, jak jest najlepszy przyjaciel człowieka.


Kolejni osadnicy wracający do swoich prawdziwych domów.


Tego sprzętu nie trzeba przedstawiać. Oj najedli się, najedli.

Tak się zaciekawiłem koniem, że wypstrykałem go ze wszystkich stron. Gosia załatwiła jabłko, mimo że w pobliżu nie rosło żadne drzewko. Niestety nasz kopytny przyjaciel nie za bardzo umiał składnie jeść (za bardzo napatrzył się chyba na mnie) i więcej było śmiechu, niż radości z karmienia. Na sam koniec w iście zwierzęcy sposób za to wszystko podziękował.


Tyle radości z jednego owocu. Czyżby zakazanego?


Jak tu się skupić na jedzeniu przy takiej widowni?


Tyle zostało z pięknego, soczystego, smakowego, wręcz idealnego jabłka.

Na domiar złego w pewnym momencie zaczął padać deszcz. Nawet dość intensywnie i dużo osób po prostu uciekło. Impreza trwała dalej, ale mało kto już tym się interesował. My schowaliśmy się w jednej z pobliskich bram i gdy już padać przestało to udaliśmy się w drogę powrotną. Brzuchy napełnione grochówką, jedną z najlepszych jaką jadłem na jakiejkolwiek imprezie plenerowej


Koń z całych asortymentem także wyrusza w drogę powrotną.


Zabytkowy tramwaj, który za darmo woził ludzi na wyznaczonej trasie.

Tam, gdzie rowerowa towarzyszka dołączyła do wycieczki, to i tam się pożegnała. Ja jeszcze sobie dorzuciłem parę kilometrów i także wróciłem do domu. Trochę ze strachem, bo goniła mnie ciemna chmura, niezbyt przyjazna. Na szczęście, ani kropla z niej nie spadła.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.