Kolejna przejażdżka z nieprzyjemnym wiatrem. Temperatura wskazywała przez cały czas powyżej 10°C, ale przez podmuchy odczuwalna była niższa. Postanowiłem wybrać się do Białcza, bo wczoraj zameldował się tam pierwszy bociek.


Tyle zobaczyłem bociana. Musiał wybrać się na łowy.

Dalej pojechałem na Witnicę. Jazda ciągle pod wiatr, ale tak sobie dumałem, że nawet wielce o podmuchach nie myślałem. Zrobiłem sobie solidną okrętkę, bo potem odbiłem na Sosny i kierunek Gorzów Wielkopolski.


Moja ulubiona liczba – 13.


Przejazd przez kładkę.

Ostatnio każda samotna, rowerowa wyprawa do miasta kończy się w ten sam sposób, w tym samym miejscu. Dzisiaj byłem bardziej zaskoczony, bo taki rarytas mnie spotkał:


Tak o biednego rowerzystę dba Pani Kasjerka #4 🙂

Odpłaciłem się całą garścią cukierków, bo jak władowało się w siebie takie smaczne kalorie, to więcej nie potrzeba. Dostałem też do poczytania książkę, a nie muszę tłumaczyć, gdzie rowerzysta takie rzeczy chowa, gdy nie ma przy sobie żadnej torby. Oczywiście nie w żadne nieprzyzwoite miejsce, o nie, nie!

Miałem nieco już dość wiatru, który robił mi na złość i potrafił dmuchać z każdej strony. Chciałem dorzucić jeszcze trochę kilometrów i do domu wrócić przez Baczynę, ale ostatecznie skończyło się na standardowym powrocie. Tradycyjnie też za późno odpaliłem Endomondo i pewnie do końca mojej zabawy z tym tak będzie.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.