Stefan się uspokoił i przestał tak mocno dmuchać. Można było więc wykorzystać spokojniejszy dzień na przejażdżkę. Z kim można iść na rower? Oczywiście z Gosakiem. Spotkanie w nieco innym miejscu, niż standardowo. Wybraliśmy wariant, aby pokręcić się po lasach w okolicy Santocka i Mironic.


W kierunku Chwalęcic. Podjazd zaliczony. Podjazd… phi… góreczka na bezdechu.

Wykorzystaliśmy trochę szlaków rowerowych różnych kolorów. Ogólnie to mieliśmy jechać nieco inaczej, ale tak to się kończy, jak za przewodnika robię ja. Gosię to w sumie nie rusza, a mnie dziwi, że ona jeszcze ma wiarę w moje umiejętności nawigacyjne.


Konie i pani fotograf. Wiadomo, gdzie zwierzaki pójdą.


Rozleniwienie na santockim torfowisku.


Marzęcin i miejsce postojowe.


Mój własny, plenerowy garaż.

Marzęcin to już obleciałem niejednokrotnie, dlatego też nie ma sensu wrzucać tych samych zdjęć. Jeżeli chodzi o torfowisko to jeszcze potrzeba czasu, kiedy zrobi się tam przepięknie.

Po postoju w wiosce widmo pogoda się popsuła. Słońce na dobre poszło spać i momentami zaczął sobie kropić deszczyk. Postanowiliśmy pojechać dalej szlakiem rowerowym. Moje wycieczki docierały do Pomnika Leśniczego, ale tym razem pojechaliśmy dalej. Warto było, bo trafiliśmy na miejscówkę, którą nazwałem uboższą wersją tarasu w Bukach Zdroiskich.


Leśna miejscówka.


Widok z góry na Kłodawkę.


Pamiątkowe zdjęcie i można jechać dalej.

Szlak oznaczony zabytkowym rowerem wyprowadza nas na bruk, którym docieramy do Mironic. Dalej oczywiście Kłodawa i dla urozmaicenia wybieramy drogę przy jeziorze. Skończyły się spontaniczne pomysły, a mżawka dalej denerwuje. Postanawiamy skończyć na dzisiaj i zostawić trochę energii na niedługo 🙂

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.