Na moich włościach zawitała ekipa z różnych części Polski, a wszystko za sprawą klubu Dynamo z Krzyża Wielkopolskiego. W Mościcach i okolicach zorganizowany została Majówka Rowerem i Kajakiem po Ziemi Lubuskiej. Ja z racji rangi tubylca i dość dobrze znającego te tereny, postanowił nieco pomóc Danielowi w prowadzeniu grupy.

Najpierw musiałem zameldować się w Mościcach. Wiatr oczywiście w twarz, ale nie jakiś zbyt mocny. Nieco ponad godzinę zajęło mi dotarcie. Złapanie oddechu, ustalenie trasy i można wyruszać.


Grupa zwarta i gotowa. Ruszamy.

Moje marzenia o liderowaniu szybko zostały zgniecione. Zostałem
oddelegowany do roli zamykającego. W sumie fucha nie gorsza. W ogonie
stawki panuje totalny spokój.


Plecy. Tyle będę mógł oglądać przez najbliższe kilometry.

Celem Park Narodowy Ujście Warty, ale tzw. Polder Północny. Było też trochę spacerowania, bo skorzystaliśmy ze ścieżki edukacyjnej
Olszynki.


Sesja fotograficzna.


Przez mostek na ścieżkę edukacyjną „Olszynka”.


Ostrzeżenie.


Ścieżka edukacyjna „Olszynka”.


Jak tam jest pięknie.


Trochę błotka nikomu nie zaszkodzi.

Dłuższy postój przy wieży widokowej. Potem czekało nas dotarcie do wału i jazda w kierunku Dąbroszyna, bo tam był plan, aby z niego zjechać. Spotkaliśmy dużo rowerzystów, nawet niemieckich turystów. Każdy chyba korzystał z majówki. Widoki przepiękne, na szczęście też dopisywała pogoda.


Kawałek pniaka, a tyle radości.


Wałem i z wiatrem w twarz.


W kierunku Dąbroszyna.


Daniel goniący peleton. Z balastem, żywym balastem.

Dąbroszyn to oczywiście pałac i okalający go park. Zabrałem także grupę na wyższą część, gdzie znajduje się nie tak dawno odnowiona Świątynia Cecylii. Przy okazji pan z miejscowego kościoła zaprosił nas do środka, pokazał nawet kryptę. Niestety mój aparacik poległ w tych ciemnościach całkowicie. Nie miałem pojęcia, że takie atrakcje skryte są w katakumbach.


Park Dolny – Pomnik Wiktorii.


Park Górny – Świątynia Cecylii.


Pomnik brodatego mężczyzny z inskrypcją „skierowany do tego co pociesza / skierowany do tego, co doprowadza do rozpaczy”.


No proszę, kto się wdrapał rowerkiem na górę.

Myślałem, że na podjeździe zlecę z roweru. Nachylenie tak spore, że nawet dociskanie przodu niewiele dawało. Prędzej wylądowałbym na plechach, niż doczłapała się na górę. Chciałem zaimponować, a skończyło się na podprowadzaniu roweru… ech… zjazd już o wiele łatwiejszy.


Kościół pod wezwaniem św. Józefa w Dąbroszynie.


Po zakończonych oględzinach krypty.

Teraz czekała nas najlepsza część dnia. Kierunek Cychry, czyli podjazdy, fajne podjazdy. Otrzymałem rolę przewodnika. Duma pełną parą. Na prowadzaniu jadę sobie z Leszkiem i musiało się skończyć tak, że na liczniku widniała prędkość przekraczająca momentami 40 km/h. Nawet nie myśleliśmy o osobach, które pozostały z tyłu, a tym bardziej o tym, aby na skrzyżowaniach na nich poczekać. Skończyło się naganą i znowu wylądowałem na końcu stawki. Brawurowa jazda nie popłaca niestety. Ja dobrze wiem, kto był przeciwny mojemu prowadzeniu :p


Górki zaliczone.

Po przerwie w sklepie czeka nas bruk, wszędobylski bruk. Kierunek Mostno, ale z ominięciem Dębna. Trasa dobrze oznaczona, więc zbytnio tam potrzebny nie jestem.


Trochę trzęsie.


Mostno i mostek nad Myślą.


Gadu gadu, ale trzeba jechać dalej.

Do Mosiny droga prosta, bo ładnie prowadzi nas asfalt. Powinienem jechać z tyłu, ale głupawka bierze górę i znowu razem z Leszkiem kończymy sprintem w Mosinie. Przy kościele dołącza do nas miejscowy pan, który wszystkich zna i wie. Setka… eee. nie taka rowerowa przecież.


Postój przy kościele.

Narzekania być nie może, bo mapy niewiele już pomogą. Robaczek przejmuje prym prowadzącego na całego. Wariant przez las w kierunku Sosen, by tam przez Stare Dzieduszyce zjechać na dół. Tempo spokojne, ale peleton i tak się wyłamał, o czym zorientowałem się po paru kilometrach. Nie uniknąłem oczywiście złośliwych komentarzy 🙂


Oczekiwanie na resztę osób przy boisku w Sosnach.

Kto zna te tereny, ten wie, jakim zjazdem kończy się podróż ze Starych Dzieduszyc do Nowin Wielkich. Zabawa na całego, oczywiście z Leszkiem. Siedząc mu na kole i wychylając się do przodu udało się przekroczyć 50 km/h. Normalnie szał. Taka była zabawa, że mało kto zwrócił uwagę na tą śmieszną anomalię.

Będąc w okolicy musiałem pokazać wieżę widokową. Akurat niebo było przepiękne, więc widoki cudowne. Rowery zostały na dole, a my schodami wdrapaliśmy się na górę.


Malinówka w promieniach słońca.


Ładne widoczki, jak zielono.


Napatrzyli się? To pora wracać.

Grupę odprowadziłem do Parku Dinozaurów, bo to było już ostatnie miejsce w ich dzisiejszym planie. Po drodze pokazałem, jak wieża widokowa wygląda z oddali. Wykonałem jeszcze krótką rundę do kościoła, bo niektórzy i taką potrzebę mają. Potem się grzecznie pożegnałem i już z wiatrem w plecy wróciłem do domu.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.