W ostatni dzień majówki wybrałem się z nowymi znajomymi za zachodnią granicę. W niemieckim Mallnow spotkać można miłka wiosennego, charakterystyczny kwiat rosnący dziko, ale niewystępujący wszędzie.

W Mościcach musiałem zameldować się około godziny dziewiątej. Jazda tym razem znacznie lepsza, bo z wiatrem w plecy. Niecała godzina i 24 km/h średniej na liczniku. No nieźle. Akurat ekipa oprowadzana było po ogrodzie dendrologicznym, więc się załapałem na wykład o roślinach. W międzyczasie witając się z poszczególnymi osobami.


Mały skrawek ogrodu dendrologicznego PTTK.


Przechadzka po ogrodzie.


Pszczoły murarki ogrodowe.

Czas ruszać, kierunek Kostrzyn nad Odrą. Oczywiście z Leszkiem lądujemy na końcu i tak sobie gadamy, gadamy, aż się okazuje, że peleton dawno nam odjechał. Tak być nie może i już w Dąbroszynie wysuwamy się na czoło stawki, a czeka nas fajny podjazd przed samym Kostrzynem. Obejmuję dowództwo nad grupą i lądujemy na Starym Mieście, szukając wjazdu do twierdzy. Jejku, jak ja dawno tam nie byłem.


Fajrant na parkingu przy Twierdzy Kostrzyn.


Oczywiście twierdzę musieliśmy obadać z bliska. Niestety punkt informacyjny, jak i same muzeum były zamknięte.

Czas na niemiecką ziemię. Jazda wałem bardzo przyjemna. Kierunek Lebus, a my narzucamy solidne tempo. Dzięki temu przed samym miastem mamy dużo czasu na relaks na trawce. W międzyczasie postanowiłem zaprzyjaźnić się z baranami i owcami, co nie spodobało się pastuchowi, elektrycznemu. Niewiele mi trzeba, aby się skompromitować przed grupą.


Jazda takim wałem to sama przyjemność.


Ciągły podziw. Czemu u nas nie ma takich szlaków 🙁


Przejazd przez Lebus.

W grupie mamy Grażynę, znającą perfekt niemiecki. Oznaczenie drogi do Mallnow to totalna porażka. Raz mamy 4 km, raz 6 km. Z pomocą miejscowych meldujemy się we wspomnianej miejscowości. Znalezienie całego ogrodu nie jest już problemem. Szlaki już fantastycznie oznaczone.


Do Mallnow 4 km. Potem magicznym cudem pojawiło się 6 km.


Pole rzepaku i wiatraki w tle. Na żywo wygląda to jeszcze bajeczniej.


Przepiękne widoki. Tam na dół jako jedyny zjechałem rowerem. Gorzej było już wrócić na górę.

W Mallnow znajduje się ogród dendrologiczny. Roślinki oznaczone, jest i skarbonka (co łaska), wiaty, szlaki piesze. Nie po to jednak biłem tyle kilometrów, aby to wszystko oglądać z daleka. Tak więc poskakałem sobie po skarpie. Kwiatów jak na lekarstwo, bardzo mało. Natomiast na ulotkach reklamowych całe wzgórza pokryte roślinnością. Trochę to wszystko przereklamowane, ale źle nie było.


Kilka słów o miłku wiosennym i oznaczenie szlaku.


Miłek wiosenny.


Miłek wiosenny.


Miłek wiosenny.


A ten upiększony z dedykacją dla Gosiaka. Szkoda, że nie było Ciebie z nami 🙁


Ktoś porzucił rower?


„Staruszek” wjedzie wszędzie.


Ha ha ha, a gdzie macie rowery?


Ostatnie spojrzenie na wzgórze.


Skarbonka. Wiele tych skarbonek. Przy wejściu, wyjściu. Można się nawrzucać trochę.


Tylko jeden „myślący” jeździł po ogrodzie rowerem.

Koniec zachwytów i trzeba zaplanować drogę powrotną. Oczywiście inną, aby nie powielać trasy. Trójka śmiałków (w tym ja) musiała zjechać na dół ze sporej górki, aby sprawdzić drogowskazy. Potem z powrotem na górę, aby powiadomić grupę i już na całego zjazd w dół. Niestety odstępy były za małe, a ja nie chciałem skończyć na kobiecie z dzieckiem, więc wyhamowanie i 50 km/h nie zostało przekroczone. No trudno, bezpieczeństwo przecież najważniejsze.

Wybraliśmy wariant drogi w kierunku Manschnow. Nazwy mijanych miejscowości to nawet nie jestem w stanie wymówić. Oczywiście z Leszkiem wysuwamy się na czoło i tempo masakryczne. Niektórzy próbują trzymać koło, ale z marnym skutkiem. Jednie Waldek daje radę z nami gnać do przodu i takie trio pokonuje z uśmiechem na twarzy niemieckie ziemie. Momentami mamy pod wiatr, wkurzający wiatr. Na domiar złego pogorszył się stan infrastruktury i było kilka momentów, gdzie zbierany byłbym z asfaltu.


Łał… Leszek podziwia klimatyczny kościółek.


Już w Manschnow.


W końcu coś po polsku.

W planach było jeszcze odwiedzenie Fortu Gorgast. Czasu jednak zleciało za dużo, a trzeba było dostać się do Kostrzyna i zdążyć na pociąg. Tak więc wrzucamy najwyższy bieg i celem jest dworzec kolejowy. Czasu mało. Moje wytyczne, drogowskazy po drodze i Leszek ciśnie na całego, a ja zbieram pozostałe osoby, aby się zabłądziły, moje owieczki.


Przez most do Kostrzyna.


Zdążylim na pociąg.

Pożegnałem się grzecznie i gdy szynobus odjechał ruszyłem w drogę powrotną. Jeszcze trochę kilometrów mnie czekało, kilometrów pod wiatr. Chaos na powrocie był tak duży, że nawet nie wiem, czy wszyscy na pociąg zdążyli. Mam nadzieję, że tak.


No i pojechali. Może do następnego razu 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.