Tradycyjnie rano pobudka, piekarnia, śniadanie i w drogę. Tym razem podróż nieco trudniejsza. Nie ze względu na liczne utrudnienia przez remonty i budowy, czy tam wiatr, ale przez balast, bardzo delikatny balast. Specjalna przesyłka dla Gosi, która dzisiaj ma swoje święto. Najlepszego jeszcze raz!

Na starcie przywitał nas deszcz, ale nie jakiś bardzo upierdliwy, który i tak szybko minął. Pierwsza faza dzisiejszego rowerowania to specjalne zadanie dla mnie – stróżowanie. Potem bocznymi drogami dotarliśmy do Łupowa. W Chróściku natomiast rozpoczęła się wojna hodowców czereśni ze szpakami.


Pełna gotowość na wojnę ze szpakami. Tak kończą najsłabsi.

Padła propozycja, aby udać się na wieżę widokową. Nie ma problemu. Wdrapujemy się na górę i wita nas słońce, która oczywiście rozleniwia nas totalnie. Zajrzałem do kesza, który przeze mnie nie był ruszany przez kilka miesięcy. Gosiak wrzucił swój znaczek z
Rajdu po obu stronach Rzeki Drawny i pelerynkę przeciwdeszczową. Ja natomiast zabrałem sobie geokreta, który i tak teraz (kiedy to piszę) dusi się w sakwie.


Sesja zdjęciowa musi być. Ach te pozy… artystyczne.


Gosiak i głowa przepełniona pomysłami.


Pokaz mody. Taką pelerynkę można znaleźć w keszu.


Wewiór wraca ze mną do domu. To znaczy wróci, niebawem.

Zjazd na dół i próba odnalezienia mojego krzyża. Uświadomiłem sobie, że nigdy tamtędy nie zjeżdżałem, gdy było tak zielono. Miejsce upadku mniej więcej zlokalizowałem, ale krzyż zniknął. Szkoda, wielka szkoda.

Pojechaliśmy na Stare Dzieduszyce i przez kolejne wioski dotarliśmy z powrotem do Gorzowa. Pożegnanie i czas na moje powielanie trasy. Musiałem jeszcze raz wdrapywać się na Osiedle Staszica. Myślę jednak, że warto. Okaże się niebawem, bo to nie koniec atrakcji.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *