Choszczeńskie Stowarzyszenie Miłośników Kolei Semafor w tamtejszym Domu Kultury przygotowało wystawę kolejarskich pamiątek. Jest to druga edycja i musiałem się tam wybrać. Nie mogło być inaczej, aby takimi rzeczami nie zainteresował się też Gosiak. Wystawa miała skończyć się 3 czerwca, a nam opornie szło, aby ją gdzieś upchać. W końcu się udało. Dystans czekał nas zacny, więc spotkanie raniutko.

Postanowiliśmy krajówką dojechać do Pełczyc i tam odbić w kierunku Krzęcina. Kierowcy coś mieli słabszy dzień, bo spotkaliśmy sporo lekkomyślnych… nie ma co owijać… idiotów po prostu.


Halo, halo? Do Choszczna to ile kilometrów zostało?

Podczas imprezy w Trzcińsko-Zdrój udało nam się wyłapać kilka map. Wśród nich była ta jedna, jedyna, szczególna. Dzisiaj bardzo się przydała i przy takim wykorzystywaniu już wygląda, jakby miała parę lat za sobą. Zerkaliśmy do niej co niemiara, ale dzięki temu odkryliśmy kilka, dość ciekawych szlaków.

Dlatego też w Granowie postanowiliśmy z takiego szlaku skorzystać. Ominęliśmy tym samym Krzęcin, a zachwycaliśmy się urokiem lasu. Z drugiej strony chowaliśmy się także przed wiatrem, który wkurza cały czas, non stop, 24/7, bleee…


Specyficzne oznaczenie szlaku rowerowego.


Jakaś leśna rzeczka.


Ta sama, leśna rzeczka.


Miejsce bardzo urokliwe, więc nic dziwnego, że zatrzymało nas na dłuższą chwilę.

Nie ujechaliśmy wiele i kolejna przerwa. Na horyzoncie pojawiły się konie, a my lubimy te zwierzaki. Gosia nawoływała i musiało się skończyć tym, że do nas podeszły bliżej.


Gosia ujarzmia konie – fotograficznie.


Ten okazał się najspokojniejszy.


Bracia?


Ciągły zachwyt.

Dotarliśmy po jakimś czasie do Żeńska i szlak rowerowy się nam urwał. Zainteresował nas jednak tamtejszy kościółek. Obadaliśmy go z bliska, a potem po uprzednim upewnieniu się, wybraliśmy kierunek Choszczno. Ostatnia prosta, bo pozostało już nam niewiele kilometrów do celu dzisiejszej wycieczki.


Mur okalający kościół.


Badanie kościoła.


Kościół pochodzi z drugiej połowy XIV wieku, ale był przebudowany w XVI wieku i potem jeszcze w XVIII wieku.

Do Choszczna dojeżdżamy od strony wschodniej, więc musimy przebić się niemal przez całe miasto. Żeby było trudniej to akurat malowano także pasy, więc robił się zator. Odnalezienie Domu Kultury nie jest wielkim problemem. Z zewnątrz budynek nie zachęca, aby wejść do środka, ale tam to już pierwsza klasa.

Miła pani, która akurat wychodziła zorganizowała niemal wszystko. Dostaliśmy klucze i pozostawieni sami sobie mogliśmy podziwiać wystawę. Życzliwość tych ludzi zasługuje na bardzo duży plus. Dowiedzieliśmy się także, że wystawa cieszy się tak dużą popularnością, że przedłużono ją do
15 lipca.


W tych rękach spoczywa wielka odpowiedzialność.


Plakaty informujące o wystawie.


Rozpoczynamy zwiedzanie.


Taki sprzęt można oglądać, ba, nawet pomacać.


Telefony, telefony… gdzie dzwonić mam…


…jaki numer mam wykręcić, do kogo z was…


Komóreczka trochę poległa w tym świetle, ale jak ktoś jest zainteresowany, to lepsze zdjęcia obejrzy na blogu Gosiaka.

Wystawa skromna, ale nie można powiedzieć, że nieciekawa. Wpisaliśmy się jeszcze do księgi pamiątkowej, podziękowaliśmy i trzeba było ruszać w drogę powrotną.


Czas dosiadać swoich rumaków.

Krajówką wracać nie będziemy na pewno. Tak więc znowu czeka nas przebijanie się przez miasto. Coś tam w Choszcznie otwierają i spotkaliśmy dziewczyny z gadżetami. Dostaliśmy odblaski, balonika (który niestety zaginął) i króweczki (cukierki oczywiście).


Jeden balonik, a tyle radości. To zdjęcie pokazuje, jaka czekała nas walka z wiatrem.

Wyjeżdżamy z miasta, a Robak przecież wie najlepiej, gdzie jechać. Powrót miał być przez Krzęcin, ale mijamy drogowskaz, bo pojedziemy od innej strony. Taki był przynajmniej plan. Skończyło się na tym, że wylądowaliśmy w Raduniu. Już wcześniej widziałem, że droga jest nieznana i źle jedziemy, ale wstyd było się przyznać. Wiadomo, ta męska duma.

Spojrzenie na mapę, pomoc miejscowych i decyzja, wracać nie będziemy. Czekało nas trochę polnych dróg, ale koniec końców do Krzęcina dotarliśmy. Nadrobiliśmy przy tym sporo kilometrów, ale było fajnie i ciekawie. Wybieramy wariant, aby szlakami rowerowymi dotrzeć aż do Bobrówka, czyli terenów znanych.


Take kamienie będą nas prowadzić.


A takie kamienie będą się uśmiechać.


A takie słupki… eee…. po prostu tutaj siedzi Gosia 🙂

Najlepsze było to, że wcale nam się nie spieszyło. Ciemności późno przychodzą, jutrzejszy dzień każdy z nas miał wolny, więc tylko rowerować, rowerować. Szkoda tylko, że ciągle dmuchający w twarz. Wiatr odbierał nam chęci.


Grzybek, pierwszy w tym sezonie.


Ach… ktoś za bardzo się rozmarzył.

Przez pola i lasy dotarliśmy do Tuczna. W końcu asfalt i żółty szlak rowerowy. Trzeba tylko wybrać odpowiedni kierunek jazdy i całe szczęście, że Gosia mi nie uwierzyła i się zbuntowała. Gdyby nie jej reakcja, to wracalibyśmy do Choszczna. Taki oto mam zmysł orientacji.

Koniec końców do Gorzowa wróciliśmy. Pożegnanie i mnie jeszcze czekała formalność, czyli jakieś 16 km do domu, ale już zapewne w ciemnościach. Formalność… taa… skończyło się na tym, że przy Komisariacie Policji na ulicy Wyszyńskiego rozsadza mi oponę. Bum i nie ma powietrza. Przystanek autobusowy i trzeba jakoś działaś. Prowizorka, sterczący balon i człapanie się do domu. Ruszyłem stamtąd o godzinie 22:00, a czekał mnie jeszcze sporawy dystans. Co za przygoda! Ważne, że do domu dotarłem.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.