Po wczorajszej przygodzie z oponą musiałem się z tym problemem uporać. Pobudka bardzo wcześnie i do garażu, aby podmienić gumy. Potem piekarnia, śniadanie i do Gosiaka. Mimo, że we wtorek wpadł bardzo ładny kilometraż, to nie czułem zmęczenia. Może to zasługa towarzystwa?

Nic jednak nie zapowiadało tak silnego wiatru. Majtało nas na lewo i prawo, stąd też zapadła wspólna decyzja, aby jednak odpuścić. Przeważyły też inne względy, czyli tak zwana siła wyższa.


Dwa stróże rowerów.

Powrót to już totalna katorga. 18 km/h to było marzenie, marzenie ściętej głowy. Jakoś się do domu doczłapałem i w lepszej kondycji byłem po wczorajszym wypadzie do Choszczna, niż dzisiejszych parudziesięciu kilometrach.

Humor poprawiły jednak cukiereczki. Te od Gosi rzecz jasna i miętusy. Promocja, okazja w sklepie i obłowiłem się swoimi ulubionymi. Jednak zważywszy na to, że ktoś mi je regularnie podbiera, to nie wiem, na jak długo starczą.


Kilogram miętusów 🙂

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.