Zastanawiam się czasem, po co są te wszystkie ustalenia co do trasy. Potem i tak wszystko jest weryfikowane i modyfikowane podczas jazdy. Nie inaczej było dzisiaj. Planem było odwiedzić Słońsk, ale już rano lekko to zmodyfikowaliśmy i może by tak pojechać w kierunku Krzeszyc?

Rano spotykamy się wyjątkowo w innym miejscu, bo do załatwienia mam drobną sprawę. Potem pozostało tylko przebić się przez miasto. Tak się zagadaliśmy, że ostatecznie wylądowaliśmy na DK22. Dlatego też zapadła decyzja, aby odbić na wioski i jakoś bokiem przedostać się w pobliże Kiełpina.


Tak nam się zamarzyło. Przejażdżka bulwarem.

Rano było dość zimno. Gdy wstawałem termometr wskazywał 10 stopni Celsjusza. Wiedziałem jednak, że później będziemy mieć grubo ponad 20 stopni, więc ubrałem się, jak na lato przystało. Wolałem przeboleć z rana chłód, niż potem się smażyć.


Liczysz na jakąś jałmużnę? Tak wszytko poszłoby na cukierki.

Po drodze zapadała decyzja, że jednak pojedziemy na Lubniewice. W sumie dawno tam nie byliśmy. Pokręcimy się po mieście i jakoś lasami powrócimy.


– A co tu się wyprawia?

Przeklinając wiatr po jakimś czasie docieramy do Lubniewic i od razu zauważamy koniec. Odwiedzamy tamtejszy ośrodek jeździecki fascynując się tymi zwierzakami.


W takim czymś to mógłbym spędzić noc.


Konik.


Pora pojenia.


Trochę wody dla ochłody.


– Nie rób mi zdjęć.
Ech… skąd ja to znam?

Oczywiście musieliśmy wybrać się nad jezioro. Lubiąż już nieco się znudziło, bo ile można? Padło na Jezioro Krajnik, a po drodze natrafiliśmy na park z drewnianymi rzeźbami. Moim zdaniem przedstawiają one bohaterów różnych bajek.


Misio.


Baba Jaga.


Mały zajączek.

Nie zabrakło opalania, moczenia nóżek, ale mobilizacja była na tyle duża, że nie rozleniwiliśmy się totalnie. Trochę przerwy, ale trzeba jechać dalej.


Jezioro Krajnik.


Lepiej niż nad Bałtykiem.


Kaczka (na pierwszym planie).


Fotoreporterka w swoim żywiole.

Po drodze Jarnatów i tam lasem mieliśmy wrócić do Kołczyna. Jednak gdzieś zapaliło się światełko, że piachu tam co niemiara. Lepiej może jednak asfaltem. Znak Sulęcin 10 przekonał nas bardzo i pojechaliśmy w tamtym kierunku. W Żubrowie postanowiłem Gosi pokazać Uroczysko Lubniewsko. Tak się rozkręciliśmy, że pojeździliśmy po różnych szlakach rowerowych, a czerwony (trochę na raty) zaprowadził nas w okolice wiaduktu. Wąwóz, widoki przepiękne, ale i trasa dość wymagająca. Po drodze spotkaliśmy grupę rowerzystów z Poznania, a Gosiak udowodnił, że jej mapy są bardziej wartościowe.


Trochę zalało.


Czerwony Potok.

Przy wiadukcie nad Czerwonym Potokiem postanowiłem poszukać kesza. Kiedyś tam już skakałem, ale bez większych rezultatów. Teraz skończyłoby się podobnie, a tu trach i Gosia wyciąga mikrusa. Szok… tyle w temacie. Otrzymała za to nagrodę. Może nieco przypadkową, ale dość fajną.


Uznanie dla tego, kto zrozumie ten tekst na wiadukcie.


Kolejne znalezisko do kolekcji.

Bruk Napoleoński i na horyzoncie wyłania się Sulęcin. Potem już w kierunku Kołczyna i w Jeninie musimy się niestety rozstać. Jednak nie na długo 😉

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.