Co roku w okresie świąteczno-noworocznym odbywa się na Stravie rywalizacja Rapha #Festive500. Nie będę się tutaj zagłębiał w historię tego wyzwania, ale chodzi głównie o to, aby w okresie 24-31 grudnia pokonać minimum 500 kilometrów. Zawsze mi się wydawało, że nie jest to jakieś duże wyzwanie. Na pokonanie takiego dystansu mamy przecież 8 dni. No właśnie… wydawało mi się.

Niestety Gosia w tym czasie nie miała okazji wybrać się na rower i pozostałem sam sobie 🙁

24 grudnia – 109.6 km
Początek dobry, bo w wigilię udało mi się przejechać ponad 100 kilometrów. Pomocny w tym był dzień wolny w pracy. Gorzej już niestety z pogodą, bo momentami postraszyło śniegiem, deszczem, a nawet gradem. No i wiatr wcale nie pomagał.

25 grudnia – 104.2 km
Udało się przejechać ponownie ponad 100 kilometrów. Pogoda tym razem lepsza, wiatr także słabszy. Dystans trochę mniejszy, bo źle tą jazdę rozplanowałem. Początek miałem z wiatrem, aby na powrocie się z nim trochę pomęczyć. Duży, kosztowny błąd.

26 grudnia – 120.6 km
Chyba najlepiej rozegrany dzień. Najpierw powalczymy trochę z wiatrem, aby powrót mieć na totalnym lajcie. Na trasie udało się spotkać trochę rowerzystów, którzy efektywnie wykorzystywali drugi dzień świąt. Pomocna była także pogoda, bo aura była bardzo przyjemna.

29 grudnia – 124.9 km
Masakra! Najtrudniejszy dzień. Pogoda straszna, wiatr utrudniał niemal wszystko, a i trasę nie dobrałem sobie odpowiednio. Ta jazda to była totalna walka z aurą. Chciałem jak najszybciej to odbębnić i wrócić do domu… zapomnieć.

Sobota bardzo mnie wykończyła, a ponadto niedziela pod względem pogodowym wcale nie była lepsza, a wręcz odwrotnie. Postanowiłem odpuścić i wszystko zależało od poniedziałku, ostatniego dnia rywalizacji. Szczerze powiedziawszy to jakoś wielce się nie nakręcałem i bardziej miałem podejście, że może w przyszłym roku się uda.

31 grudnia – 51.6 km
Zostało niewiele kilometrów, a słońce które momentami wyglądało zza chmur aż podpowiadało, aby jednak pojeździć i ukończyć rywalizację. Tak się stało. Pokręciłem wokół komina i z dużym bananem na twarzy wróciłem do domu.

Wykorzystałem 5 dni i w tym czasie pokonałem niecałe 511 km. W tym czasie prawie dobę kręciłem jak najlepiej nogami. Nie mam co się porównywać do najlepszych, bo oni w tym czasie przejeżdżają parę tysięcy kilometrów (więcej niż ja w miesiąc). Jeżeli chodzi o moje miejsce na globalnej liście to uplasowałem się na pozycji 14 525 (wśród 78 945 startujących). W krajowej rywalizacji zmieściłem się w pierwszej setce, a dokładnej ukończyłem Rapha #Festive500 na 93 miejscu (wśród 703 startujących).

Nagrodą jest zaprezentowana wyżej naszywka, która nie tak dawno do mnie trafiła. Co roku Rapha przygotowuje inną.

Ciężko jest mi ocenić całą tę rywalizację. Problemem była pogoda i samotność. Jakby Gosia mogła mi towarzyszyć to pewnie tych kilometrów wpadłoby więcej. Nagroda nagrodą, ale nie mogę skłamać, że nie jest motywacją. Zobaczymy jak to wszystko będzie wyglądać w tym roku 😉

Udostępnij:

Komentarze

  1. Wow, gratki! 😀
    Mnie się marzyło zrobić do końca zeszłego roku 5000 km, ale mi troszkę zabrakło właśnie przez tę paskudną pogodę. Koniec roku spędziłam jednak na rowerze 🙂 Fajny blog, pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.