Od dawien dawna chciałem Gosi pokazać Moryń. W prawdzie nie znam tego miasta tak dokładnie, ale bardzo mi zapadło w pamięci podczas maratonu w którym startowałem parę lat temu. Klimat starego miasta jest bajeczny i jakbym miał wybierać miejsce zamieszkania to skusiłbym się właśnie na Moryń.

Ostatnio pogoda nam nie dopisała i deszcz zniechęcił nas do rowerowego spaceru po mieście. Dzisiaj jednak słońce uśmiechało się do nas szeroko, a my bawiliśmy się w Moryniu wybornie… zwłaszcza podczas oglądania zwierzaków… no dobra wdrapywania się na nie… na Promenadzie Gwiazd Plejstocenu.

Dni coraz krótsze, więc zdecydowaliśmy się na dojazd do Kostrzyna pociągiem i stamtąd już na kołach do dzisiejszego celu naszej wyprawy.

Orkan Ksawery ostro poszalał i w lasach napotkać można trochę utrudnień.

Zanim jednak odkryliśmy zwierzęta w parku to zapoznaliśmy się z mapą, który jak dobrze pamiętam to otrzymaliśmy podczas Jarmarku Wyrobów Klasztornych w Bierzwniku. Bardzo fajna mapka, która pokazuje najciekawsze miejsca w Moryniu i okolicy. Pierwszym celem było znalezienie Czarciego Głazu z którym wiąże się legenda:

Fotka i można jechać dalej.

Niedaleko głazu przy boisku szkolnym znajduje się niewielki kirkut, gdzie można napotkać na nagrobki, który mają inskrypcje w języku hebrajskim:

Potem już na naszej drodze pojawiła się najlepsza rzecz, czyli wspomniany wcześniej Promenada Gwiazd Plejstocenu. Myślę, że ktokolwiek miał styczność obcowania z Moryniem, nawet przez chwilę to kojarzy mamuty. Jednak gdy zagłębimy się w park przy jeziorze to natrafimy także na inne zwierzaki.

Zdjęcie na mamucie musi być.

Myślę jednak, że perspektywy aparatu Gosi zdjęcie na mamucie będzie lepsze.

Natrafiamy na punkt kulminacyjny dnia, czyli jeleń olbrzymi, który na prawdę był olbrzymi. Pierwsza myśl to taka, że chcę mieć na nim zdjęcie. Jednak jak tam się wdrapać i jeszcze w rowerowych butach? Na górę przy niewielkiej mojej pomocy weszła Gosia i sesja zdjęciowa poszła w ruch. Potem przyszła kolej. Moje umiejętności gimnastyczne, pomoc Gosi skończyło się tym, że płacząc ze śmiechu z bolącym brzuchem mogłem dalej podziwiać jelenia z dołu. Tego, co tam wyczynialiśmy nie da się po prostu opisać. Pozostaje tylko takie zdjęcie:

Tak po kolei podróżowaliśmy ścieżką Geoparku. Niektóre zwierzaki były na prawdę ładnie wykonanie, niektóre może trochę mniej. Jednak na prawdę jestem po wrażeniem tego miejsca i pomysłu. Mam nadzieję, że będzie okazja wrócić, aby zobaczyć dwa brakujące włochate stworzenia, w tym żubra. Na razie są tylko tablice informacyjne, ale jestem pewien, że zagoszczą kiedyś w parku.

Byłem przekonany, że to osioł i Gosię utwierdziłem w tym, ale jak się okazało to… dziki koń stepowy…?

Tak od tablicy do tablicy. Od zwierzaka do zwierzaka. Z każdym chcemy mieć zdjęcie.

Zabawa na całego. Uśmiech mówi wszystko 😉

Kolejnym celem były ruiny zamku z połowy XIV wieku. Jak się okazało, teraz znajdują się na prywatnym terenie. Drzewa zostały wycięte, zrobiło się pusto nie ma już tego klimatu. Pozostały tylko fragmenty kamiennych murów oraz resztki prawdopodobnie wieży.

Patrząc na mapę zainteresował nas kamienny ogród. Co to takiego? Wyobrażenia mieliśmy olbrzymie, ale rzeczywistość szybko to zweryfikowała. Pomysł na nazwę świetny, mylący, ale w praktyce są to ustawione głazy z opisem, które pochodzą z różnych okresów. Dla mnie wszystkie wyglądają jednakowo, ale różnica dla znawcy jest diametralna.

Do kolejnych celów, które chcemy zobaczyć to trzeba się wybrać już nieco poza miasto. Ruiny kamiennego wiatraka pochodzącego z XIX wieku może mieć każdy. Teren prywatny i wielki baner Sprzedam. Udało nam się chwilę porozmawiać z właścicielem, ale z bliska ruin nie udało się zobaczyć. Jedynie zrobiliśmy zdjęcia zza płotu.

Na sam koniec został jeszcze jeden kamień, tudzież głaz, który ciężko nam było rozszyfrować mimo przeczytanej legendy. Dopiero w domu na spokojnie zauważyłem to siedzisko.

Jak ten diabeł niby tutaj siedział?

Żeby zapuścić się bardziej w miasto zabrakło czasu i powrót też trochę sobie urozmaiciliśmy, bo dotarliśmy przez wioski do Dębna. Chwila odpoczynku na stacji i najkrótszą drogą w kierunku Mosiny, gdzie już w lesie w kierunku sosen złapała nam ciemność. Na szczęście to już nasze tereny i na spokojnie można wracać do domu. Dawno nie miałem takiego w pełni zwiedzającego dnia. Bardzo mi się podobało 🙂

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.